Bardzo spokojny ojcobójca

Czytaj dalej
Fot. archiwum Polska Press
Artur Drożdżak

Bardzo spokojny ojcobójca

Artur Drożdżak

Krzysztof L. przekonywał na procesie, że zamordował swojego ojca w samoobronie. Sąd Okręgowy w Krakowie nie dał mu wiary i za zbrodnię w Suchej Beskidzkiej skazał oskarżonego na 9 lat więzienia.

O Krzysztofie L. nikt w Suchej Beskidzkiej nie powie złego słowa . Niski, szczupły, 42-letni brunet znany był w okolicy jako tzw. złota rączka. Potrafił naprawić stary piec kaflowy, wymurować ściankę działową z cegieł, położyć rury kanalizacyjne i porządny dach. Ceniono go za te wszechstronne umiejętności i zatrudniano na czarno. Rachunków nie wystawiał, ale był solidny, zawsze poprawił swoją robotę, gdy ktoś mu zwrócił uwagę, że niedokładnie wykonał zlecenie, ale takie reklamacje raczej się nie zdarzały.

Rodzina na odległość

Był żonaty, miał dwóch dorosłych synów i jego rodzina większość czasu spędzała za granicą. Synowie od kilku lat pracowali w Irlandii, żona Maria - w Niemczech. Wielu się zastanawiało, dlaczego nie jeździł z nią do pracy?

- Wolę mieszkać w kraju, języków nie znam, a tu wszyscy wiedzą, kim jestem i co potrafię. Tam musiałbym przedkładać dokumenty o swoich umiejętnościach, a na to papierów nie mam, bo ukończyłem tylko szkołę podstawową i zacząłem technikum - tłumaczył się ciekawskim.

Spokojny mężczyzna, nikt nie słyszał, by krzyknął w gniewie lub okazał agresję. Nie nadużywał alkoholu, rzadko wypijał jedno piwo i od razu kładł się spać. Z sąsiadami żył w zgodzie, z rodziną także, był dobrym mężem i ojcem. Przez 10 lat opiekował się troskliwie starszymi już teściami, gdy jego żona zarabiała za granicą. Jak zmarli, zadbał o pogrzeb.

Pracował kilkanaście lat w różnych firmach, ostatni zakład pracy podziękował mu za współpracę, bo drastycznie zredukowano zatrudnienie. Bardzo to przeżył, nie mógł się pogodzić z tym, że musi przejść na rentę. Starał się o nią usilnie, ale tu spotkał go cios, bo świadczenia mu nie przyznano. Dla mało odpornego psychicznie Krzysztofa L., był to wielki wstrząs. Nie chciał się nikomu przyznać, że nie może sobie poradzić.

Rodzina była daleko, więc jej także się nie zwierzał z bolączki. Popadł w depresję, zaczął chorować, ale do lekarza nie chciał iść, bo uważał, że na jego przypadłość nie ma leku. Zresztą, jak mówił znajomym, to byłaby oznaka słabości, gdyby się pojawił w przychodni. Za wszelką cenę nie chciał tego publicznie okazywać.

Ludzie jednak zauważyli zmianę w jego zachowaniu. Raz przyszła sąsiadka, a on zamknął ją w domu i wyszedł. Krzyczała, ale nie reagował. Potem ktoś go dostrzegł nad rzeczką, gdy do siebie głośno mówił.

Niepokojące sygnały dotarły też za granicę do żony i mieszkającego w pobliżu jego ojca - Kazimierza L. Życzliwi sugerowali, by Krzysztof trafił do szpitala na obserwację, ale odmawiał. Sąsiad widział raz, jak idzie w kierunku lasu i wraca po kilku godzinach. Cały czas coś mamrotał pod nosem.

Miejscowy nauczyciel był świadkiem, że Krzysztof L. stał przed domem i kłaniał się niewidzialnym osobom. Co chwilę klękał i wstawał. Robił tak przez dwie godziny i nie reagował na żadne pytania. Nie odpowiadał także na słowa ojca, który namawiał go usilnie do wizyty u lekarza.

Na jaw wyszło też, że wrzucił do rzeki szwagierkę i nie potrafił wyjaśnić dlaczego. - To był żart, może nie najszczęśliwszy - wzruszył ramionami.

W dniu tragedii do domu Krzysztofa L. zaglądnęli dwaj znajomi. Po kilku godzinach wyszli i gospodarz został sam na sam z ojcem. Potem na posesję zajrzał jeszcze jeden kolega, który słyszał o jego dziwnym zachowaniu. Gdy tylko wszedł do domu, zauważył krew na podłodze i leżące ciało.

W pierwszej chwili nie poznał Kazimierza L. Wystraszony pobiegł po pomoc, zawiadomił pogotowie i policję. Funkcjonariusze zjawili się błyskawicznie i okazało się, że w jednym z pokoi cały czas jest syn zmarłego. Zabarykadował się, krzyczał, był agresywny. Siłą go obezwładniono, zakuto w kajdanki i przewieziono do szpitala na badania, a potem do aresztu. Medyk sądowy nie miał wątpliwości, że jego ojciec już nie żył od kilku godzin.

Kłótnia i zbrodnia

Krzysztof L. na przesłuchaniu twierdził, że nie wie, co się stało. Przyznał się do zabójstwa ojca, ale nie umiał wyjaśnić, w jaki sposób i dlaczego to zrobił. Wyjaśniał, że gdy zostali sami w domu, doszło do kłótni o Marię L. Ojciec wypominał synowi, że nie pilnuje partnerki, która zamiast w domu siedzi za granicą. Zdenerwowany Krzysztof L. chciał wyjść, ale starszy mężczyzna się nie zgodził. Doszło do szarpaniny, wtedy Krzysztof L. uderzył ojca w twarz, aż wypadła mu sztuczna szczęka, potem go kopnął i zaatakował kawałkiem metalu. Trzy ciosy były na tyle silne, że pękły kości czaszki. Ofiara zmarła chwilę później.

Policja przeszukała dom, zabezpieczono przedmioty, na których były ślady krwi. Zatrzymany wspomniał też, że próbował dusić ojca postronkiem. Z tego powodu zabrano z domu do badania kilka sznurów i kabli. Biegli psychiatrzy ocenili, że podejrzany ma niską tolerancję na stres, jest impulsywny, słabo kontroluje swoje zachowania.

Oskarżony zadawał kolejne ciosy, podczas gdy jego ojciec wcale się nie bronił

Podczas kolejnych przesłuchań przed prokuratorem i sądem Krzysztof L. mówił, że zabójstwa dokonał nieumyślnie, bronił się przed atakiem ojca, który nie pozwalał mu na opuszczenie domu.

- To ojciec napadł na mnie od tyłu, dusił mnie sznurkiem i twierdził, że prędzej pozbawi mnie życia niż pozwoli, bym wyszedł na zewnątrz - opowiadał. Pytany o szczegóły, zasłaniał się niepamięcią i niechętnie mówił po raz kolejny o zdarzeniu. Wyjaśniał, że do kłótni z ojcem dochodziło od blisko dwóch tygodni i atmosfera już była napięta.

Ograniczona poczytalność

Przed krakowskim sądem Krzysztof L. składał wyjaśnienia płacząc. Przyznał się do winy. Podtrzymał wersję, że działał w obronie własnej. Żona, która wróciła z zagranicy, twierdziła, że mąż w ostatnim czasie skarżył się na bóle głowy i że ktoś za nim chodzi. Potwierdziła, że nigdy się z tego powodu nie leczył. Zapewniała, że relacje męża z ojcem były dobre, podobnie działo się w ich małżeństwie.

- Nie było scysji, awantur i rękoczynów. Żyliśmy normalnie, dlatego tym bardziej byłam w szoku, gdy dowiedziałam się, co się stało - zeznała.

Sąd skazał Krzysztofa L. na 9 lat więzienia. Nie uwierzył w wersję działania w samoobronie.

- Gdyby tak było, to u oskarżonego pozostałyby widoczne ślady obrażeń na ciele, a takich nie znaleziono - podkreślał sędzia. Niski wyrok tłumaczył nienaganną postawą życiową mężczyzny, jego niekaralnością i tym, że przyznał się do winy. Nie bez znaczenia był też fakt, że biegli lekarze wypowiedzieli się, że Krzysztof L. popełnił swój czyn w warunkach ograniczonej poczytalności.

Sąd Okręgowy w Krakowie nie zgodził się na nadzwyczajne złagodzenie kary, o co wnosił obrońca. Podkreślił, że czyn nosi znamiona przestępstwa o dużym stopniu społecznej szkodliwości.

- Oskarżony zadawał ciosy, podczas gdy jego ojciec wcale się nie bronił - argumentował skład orzekający. Podobnie wypowiedział się Sąd Apelacyjny w Krakowie, który utrzymał w mocy wyrok na Krzysztofa L.

Artur Drożdżak

Dziennikarz zajmujący się sprawami sądowymi i prawnymi specjalizujący się w zagadnieniach karnych. Częsty uczestnik rozpraw w sądach na terenie całej Małopolski, głównie w Krakowie, Tarnowie i Nowym Sączu. Były wykładowca dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Pedagogicznym i Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.