"Były zgony, pacjenci w ciężkim stanie. Nikt z nas nie chciałby wrócić do takiej pracy" - mówi dr Przemysław Janik

Czytaj dalej
Fot. Wojewódzki Szpital Zespolony w Toruniu
Paulina Błaszkiewicz

"Były zgony, pacjenci w ciężkim stanie. Nikt z nas nie chciałby wrócić do takiej pracy" - mówi dr Przemysław Janik

Paulina Błaszkiewicz

Z dr n. medycznych Przemysławem Janikiem, koordynatorem oddziału urologii i chirurgii dziecięcej w szpitalu dziecięcym w Toruniu, który w czasie drugiej fali pandemii był oddziałem covidowym rozmawia Paulina Błaszkiewicz

Zobacz wideo: Czy po zakażeniu covid-19 zyskujemy odporność?


Tęskni Pan za stołem operacyjnym?

Bardzo. Na szczęście od poniedziałku nasz oddział chirurgii dziecięcej i urologii wraca do normalnego funkcjonowania, dlatego z przyjemnością wpiszę się do części zabiegów.

Od listopada w szpitalu dziecięcym oddział chirurgii pełnił funkcję oddziału covidowego?

Tak. Nasi pacjenci z chirurgii zostali przeniesieni na pediatrię, a część zabiegów, z którymi można było zaczekać została odwołana.

Dr Przemysław Janik jest chirurgiem w szpitalu dziecięcym. Podczas drugiej fali pandemii kierował oddziałem covidowym
Wojewódzki Szpital Zespolony w Toruniu Dr Przemysław Janik jest chirurgiem w szpitalu dziecięcym. Podczas drugiej fali pandemii kierował oddziałem covidowym

To znaczy, że skalpel zamienił Pan na kombinezon ochronny?

Zgadza się. Muszę przyznać, że nie będę za nim tęsknił. W takim kombinezonie można wytrzymać maksymalnie trzy, może cztery godziny. Potem robi się duszno, człowiek się poci i musi go zdjąć. Ten kombinezon nosiłem od połowy listopada, gdy moje warunki pracy się zmieniły.

No właśnie. Jest Pan chirurgiem. Nie mógł Pan odmówić pracy na oddziale covidowym? Nie bał się Pan zachorowania?

Miałem nadzieję, że nie zachoruję i tak się stało. Dziś jestem już zaszczepiony. Pyta pani, czy nie mogłem odmówić? Pewnie mogłem, ale przede wszystkim jestem lekarzem, a sytuacja podczas drugiej fali pandemii była bardzo trudno, brakowało miejsc w szpitalach. To nie był czas na zastanawianie się. Mam dyplom lekarski, a moim zadaniem jest leczyć ludzi. Owszem, jestem chirurgiem, ale na studiach każdy lekarz musi odbyć staż na wszystkich oddziałach. Musiałem sobie przypomnieć te wszystkie zagadnienia z interny. A jeśli chodzi o leki, to nawet jeśli się ich nie pamięta to w dobie Internetu bez trudu można uzupełnić swoją wiedzę. Przez cały czas, gdy pracowaliśmy na oddziale covidowym, wspierali nas interniści i zakaźnicy. Byliśmy w stałym kontakcie z naszymi anestezjologami. Mogliśmy na nich liczyć w trudnych sytuacjach.

Dużo było takich trudnych sytuacji?

Na początku tak. Trafiali do nas ludzie w ciężkim stanie, z dusznością. Większość z nich była po siedemdziesiątym roku życia. Były zgony. Musieliśmy się z tym wszystkim zmierzyć. Na oddziale covidowym (w czasie dyżuru) pracowaliśmy we czwórkę - lekarz, dwie pielęgniarki i salowa. W ciągu dnia wspomagali nas inni lekarze oraz rehabilitanci i dietetycy. To była prawdziwa rewolucja nie tylko dla mnie, ale i personelu. Pielęgniarki, które były przyzwyczajone do pracy z dziećmi, pracowały z seniorami w ciężkim stanie. Wielu z nich trafiała do nas z domów pomocy społecznej. To pacjenci z wieloma schorzeniami. Nie wspomnę o tym, że
dorosły człowiek waży więcej niż dziecko. Kilka ostatnich tygodni na szczęście było lżejszych. Pacjenci trafiali do nas w stabilnym stanie.

Daliście radę...

Na szczęście tak, ale chyba nikt z nas nie chciałby wrócić do takiej pracy.

Powiedział Pan, że przed pandemią leczyliście małych pacjentów, a przez kilka ostatnich miesięcy pracowaliście z seniorami. Dowiedział się Pan czegoś nowego w tej sytuacji?

Najbardziej zaskoczyła mnie ilość leków przyjmowana przez seniorów w Polsce. Proszę sobie wyobrazić, że niektórzy pacjenci przyjmowali po dwadzieścia różnych tabletek dziennie.

To pokazuje, że mamy w Polsce nie tylko za mało zakaźników, ale i geriatrów?

Zgadza się.

Rzecznik Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Toruniu kilka dni temu powiedział mi, że najwyższy czas zacząć leczyć pacjentów nie tylko na covid.

Tak, otrzymywaliśmy sygnały, że nasi pacjenci jeżdżą się leczyć do Bydgoszczy. W naszym szpitalu wykonywaliśmy pilne operacje, ale zabiegi takie jak np. przepukliny, czy stulejki zostały przełożone. W ostatnich miesiącach nie mieliśmy też wielu zabiegów z chirurgii urazowej. Być może wynika to z faktu, że dzieci nie wyjeżdżały. Izolacja sprawiła, że interwencji chirurgicznych u dzieci było mniej. Ale mimo wszystko najwyższy czas wrócić do tego, w czym się specjalizuję.

Paulina Błaszkiewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.