Ceny żywności, susza i koronawirus. Profesor Bożena Łozowicka: Będzie sucho i drogo. Bardzo drogo.

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Tomasz Maleta

Ceny żywności, susza i koronawirus. Profesor Bożena Łozowicka: Będzie sucho i drogo. Bardzo drogo.

Tomasz Maleta

Brak żywności może stać się realnym zagrożeniem - ostrzega prof. nauk rolniczych Bożena Łozowicka, kierownik białostockiej Terenowej Stacji Doświadczalnej Instytutu Ochrony Roślin - Państwowego Instytutu Badawczego w Poznaniu. Opowiada, jak pandemia wpływa na bezpieczeństwo żywności i jak dramatycznie - w połączeniu z suszą - może wpłynąć na losy ludzi, kraju i świata.

Co bardziej nam zagraża: niepewność związana z koronawirusem czy widmo nadciągającej suszy?

Zjawiska ekstremalne, takie jak upały, susze, ulewy, powodzie w ostatnich latach są szczególnie dotkliwe dla naszego kraju. Obecna susza, jakiej Polska nie doświadczyła od dziesięcioleci - brak opadów i trudna sytuacja hydrologiczna - powoduje, że obok problemu pandemii koronawirusa wyrasta inny bardzo ważny problem, który dotyczy nie tylko rolników. Możemy spodziewać się, że ceny żywności będą nadal rosnąć.

Niestety, mamy to jak w banku.

Już teraz są one wysokie i rosną w szybkim tempie. W marcu wzrosły o 8 proc. Możliwe, że ceny żywności będą nadal rosnąć także ze względu na ograniczenia w handlu zagranicznym. Tak bardzo odległe nam zagrożenie braku żywności - bo nie mieliśmy do czynienia z takimi niedoborami przez dziesięciolecia - może stać się zagrożeniem realnym. Lata suche w Polsce występują od 2015 roku, z wyjątkiem roku 2017, który był stosunkowo wilgotny. W 2015 roku straty w rolnictwie wyniosły ponad miliard złotych, a deficyt wody wyniósł średnio o około 270 proc. więcej niż w ostatnich dziesięciu latach. W tym roku bilans wodny jest jeszcze gorszy, więc należy się spodziewać silniejszej suszy niż ta z 2015 roku.

Z danych wynika, że w marcu opady były najniższe od 30 lat.

Na obszarze całego kraju stanowiły 67 proc. średniej wieloletniej, a w pasie Polski centralnej - nawet poniżej 40 proc. W chwili obecnej w wielu miejscach w kraju występuje spadek wilgotności warstwy wierzchniej gleby poniżej 30 proc. Przy tak niskiej wilgotności po siewie pojawia się problem z pobraniem wody przez roślinę, co przekłada się na słabsze plony.

Roślinom nie sprzyjają też inne zjawiska ekstremalne - nawałnice i huragany.

Niebezpieczeństwa te są skutkiem m.in. zmiany charakteru opadów, które z częstszych, mniej intensywnych, wielkoobszarowych zmieniły się na gwałtowne i intensywne, ale bardziej punktowe. W najbliższych latach susze będą występować coraz częściej i będą coraz bardziej dotkliwe nie tylko w Polsce, ale w dużej części świata. Z suszą związana jest degradacja gleby, wywiewanie próchnicy przez wiatr, co również wpłynie na obniżenie plonów. Inny problem to brak możliwości regeneracji gleby po zeszłorocznym, upalnym lecie.

Niedobór opadów to jednak nie jedyny problem rolników tej wiosny. W kwietniu obserwujemy występowanie silnych przymrozków, które miejscami wyrządziły już spore straty, zwłaszcza na plantacjach rzepaku.

W przypadku roślin jarych zbliża się termin siewu. Przesuszona gleba i chłodne dni sprawiają, że warunki do wysiewu są trudne, a rośliny odczuwają podwójny stres - z powodu braku wody i niskich temperatur. Niższe plony są właściwie przesądzone. Jest to kolejny trudny sezon dla rolników, któremu dodatkowo towarzyszy pandemia koronawirusa.

Jak się bronić przed takimi sytuacjami w przyszłości?

W rolnictwie konieczna jest zmiana struktury upraw. Rolnicy muszą brać pod uwagę ryzyko braku wody i wysiewać na polach takie gatunki, które nie wymagają dużych ilości wody oraz są odporne na suszę. Na świecie znanych jest 31 tys. użytecznych gatunków roślin, które mogą zaspokoić potrzeby ludzi, zwierząt i środowiska, ale rolnictwo opiera się na niewielu z nich. Ryż, pszenica, kukurydza i ziemniaki stanowią aż 50 proc. roślinnych produktów żywnościowych na świecie. Przykładowo we Francji kryzys klimatyczny zagraża uprawom winorośli, a Polska inwestuje w szczepy szlachetne, dla których wcześniej polski klimat był zbyt srogi...

A co z retencją wody? O inwestowaniu w nią słyszy się od dawna, ale można odnieść wrażenie, że niewiele się robi. A przecież z raportu Najwyższej Izby Kontroli z czerwca 2019 roku wynika, że Polska jest jednym z najbardziej ubogich w wodę krajów Unii Europejskiej.

Statystycznie na jednego Polaka rocznie przypada około 1600 mszesc. wody - nawet trzykrotnie mniej niż w pozostałych krajach UE. Nasze zasoby porównywalne są z Egiptem. W okresie suszy ilość wody w przeliczeniu na jednego mieszkańca Polski wynosi poniżej 1000 mszesc. Jak do tej pory, Polska nie ma rozwiniętego systemu gromadzenia wody deszczowej - magazynowane jest zaledwie 6,5 proc. opadów. Efektem Programu Rozwoju Retencji ma być podwyższenie tej wartości do 15 proc., gdzie w Hiszpanii magazynuje się aż 45 proc. wody opadowej, co daje rozbudowany system zbiorników retencyjnych.

To zadania długofalowe. A na krótką metę co możemy zrobić?

W działaniach doraźnych, krótkofalowych receptą jest gromadzenie wody deszczowej, przywracanie podmokłych łąk, miedz między polami, miejsc, gdzie woda może się zbierać. Nie należy kosić trawników ani wycinać drzew. Jednak na dłuższą metę jedynym ratunkiem jest redukcja emisji gazów cieplarnianych. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego z 2018 roku wynika, że rolnictwo i leśnictwo pochłania 10 proc. wody, a sektor komunalny - 20 proc. Sektorem mocno wodochłonnym jest też energetyka konwencjonalna, gdzie elektrownie wymagają chłodzenia wodą z rzek. Najwyższym poborem wody odznacza się jednak przemysł - odpowiada aż za 70 proc. poboru.

Jaki model gospodarczy należy więc przyjąć w kontekście zmian klimatu, których skutkiem ubocznym jest susza?

Zmiany klimatyczne to tylko jeden z czynników wpływających na produkcję roślinną. Kolejnym wyzwaniem jest bezpieczeństwo fitosanitarne. Ma ono na celu zabezpieczenie produkcji roślinnej przed patogenami, szkodnikami i chwastami. Zdrowe rośliny to element bezpieczeństwa żywności - rośliny zapewniają ponad 80 proc. żywności. Wartość handlu produktami roślinnymi wzrosła w ostatniej dekadzie trzykrotnie i wynosi około 1,7 tryliona dolarów rocznie. Obecnie cały świat walczy z pandemią spowodowaną przez wirus SARS-CoV-2. Ale w świecie roślin spotyka się także tak dotkliwe globalne epidemie. FAO raportuje, iż każdego roku aż do 40 proc. światowych plonów ulega zniszczeniu przez szkodniki, patogeny i chwasty. Według prognoz FAO, aby wyżywić wszystkich mieszkańców Ziemi, produkcja roślinna musi do roku 2050 wzrosnąć o 60 proc. Świat z powodu niszczenia upraw odnotowuje straty 220 bilionów USD rocznie, a Polska - 27 mld zł rocznie.

Są miejsca na świecie, gdzie wirus odzwierzęcy rozprzestrzenia się i powoduje zachorowania wśród ludzi, ale zarazem szaleją tam inne patogeny i szkodniki upraw roślinnych.

Gigantyczna plaga szarańczy od kilku miesięcy dziesiątkuje uprawy ważne dla milionów ludzi w całej wschodniej Afryce. Kryzysu na taką skalę nie było w Etiopii i Somalii od 25 lat, a w Kenii takiej plagi nie widziano od 70 lat. Zagrożone są kolejne kraje - Sudan Południowy i Uganda. Oprócz rosnącej liczebności szarańczy we wschodniej Afryce, nadmierne namnażanie się owadów zaobserwowano także w Indiach, Iranie i Pakistanie. Na wiosnę mogą one utworzyć nowe roje. Dla zobrazowania problemu: milion osobników zjada dziennie jedną tonę żywności, a kilkudziesięciokilometrowa chmara w jeden dzień potrafi skonsumować 100 ton - tyle, ile 35 tysięcy ludzi.

Europa wolna jest od takich zagrożeń czy też ma swoją „szarańczę”?

Spektakularnym przykładem w świecie roślin jest bakteria Xylella fastidiosa - patogen mogący atakować ponad 300 gatunków roślin, który w południowej Europie powoduje zamieranie drzewek oliwnych i winorośli, generując miliardowe straty. I tu, podobnie jak w przypadku koronawirusa, praktycznie niedostępne są środki fitofarmaceutyczne ochrony roślin przed bakteriami i jedyną metodą jest zapobieganie rozprzestrzenianiu się choroby. Obserwujemy powolne przemieszczanie się tej bakterii z południa na północ i tylko kwestią czasu jest, kiedy dotrze do środkowej i północnej Europy...

Epidemie w świecie roślin, zwłaszcza uprawnych, wpływały dramatycznie na historię poszczególnych krajów, a nawet świata.

Przykładem jest zaraza ziemniaka wywoływana przez organizm grzybopo-dobny - Phytophthora infestans. Choroba ta w połowie XIX wieku w Irlandii doprowadziła do głodowej śmierci aż milion osób. Była jednym z podstawowych powodów masowej emigracji Irlandczyków (około dwóch milionów osób) i zmniejszenia się populacji Irlandii o 20 proc. Innym przykładem jest choroba panamska - grzyb w Ameryce Południowej zagraża najpopularniejszemu bananowi świata - Cavendish. Choroba jest trudna do opanowania i może dotknąć około 17 proc. światowych zasobów bananów - atakuje plantacje w Mozambiku, Wenezueli, Kolumbii. A przecież w Kolumbii banany to jeden z głównych towarów eksportowych tego kraju. Choroba jest odporna na środki chemiczne, a skażona grzybem gleba przez dziesiątki lat nie nadaje się do uprawy.

Na razie mamy dostęp do owoców zagranicznych, ale może się to skończyć... Jak sobie poradzić bez bananów, pomarańczy, mandarynek, cytryn i innych owoców importowanych z różnych stron świata?

Przyzwyczailiśmy się, że możemy zawsze nabyć egzotyczne owoce czy warzywa w sklepie, ale taka sytuacja może się wkrótce zmienić. Z jednej strony ograniczenia importowe, ale z drugiej - owoce czy warzywa mogą wyginąć na skutek aktywności patogenów czy szkodników. Może to dotyczyć bananów. Ale przypomnijmy sobie czasy, kiedy nie sprowadzaliśmy do Polski kiwi, ananasów, bananów, mango, awokado, a dietę mieliśmy zbilansowaną i odżywialiśmy się zdrowo. To kwestia zmiany mentalności konsumentów i zastąpienia egzotyki polskimi bezpiecznymi produktami. Mamy świetne jabłka, gruszki, śliwki, borówkę amerykańską, wiśnie, czereśnie, gruszki, a dla urozmaicenia - suszone orzechy. Naprawdę mamy z czego wybierać - polski winogron, brzoskwinie, nie wspomnę o truskawkach i agreście. Nie sądzę, aby brak egzotycznych owoców i warzyw przez okres kilku miesięcy był dla nas najważniejszym problemem. Najważniejsze jest to, aby polscy rolnicy dostarczyli nam to, co wyprodukują, i aby warunki klimatyczne umożliwiły im wydajną produkcję.

Czy grożą nam wojny o żywność?

Biorąc pod uwagę stopień zaawansowania polskiego rolnictwa i wielkość rodzimej produkcji, taka wojna - mam głęboką nadzieję - nam nie grozi. Ale na kontynencie afrykańskim i w południowej Ameryce może się zdarzyć. Jeżeli dojdzie jeszcze pandemia koronawirusa, to sytuacja tam będzie bardzo trudna. W chwili obecnej trudna sytuacja jest w Stanach Zjednoczonych. Mieszka tam mój brat i mam znajomych, którzy informują o pogłębiającym się kryzysie. Koronawirus w USA spowodował gigantyczne kolejki pod bankami żywności. Coraz więcej osób ma problemy z zaspokojeniem podstawowych potrzeb. Tylko w ciągu jednego dnia bank żywności w San Antonio w Teksasie wydał potrzebującym rodzinom 450 ton jedzenia, tej żywności zaczyna w bankach brakować... Podobnie bardzo trudna jest sytuacja w stanie Nowy Jork.

Na razie nie ma dowodów, że koronawirus przenosi się przez żywność.

Tak, rzeczywiście nie ma dowodów naukowych, że żywność może być źródłem zakażenia koronawirusem, o czym informował Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA). Niemniej jednak, aby zachować bezpieczeństwo mikrobiologiczne żywności, należy rygorystyczne przestrzegać podstawowych zasad, które pozwalają zapobiec zanieczyszczeniu produktów spożywczych, również podczas dystrybucji i sprzedaży. Główną drogą zakażenia jest kontakt z wydzielinami osoby zainfekowanej. Żywności zaczęliśmy poświęcać dużo więcej uwagi. Dokładniej ją myjemy, poddajemy obróbce termicznej (wirus dezaktywuje się w temp. 60 stopni C), kupujemy pakowane pieczywo - w ten sposób dbamy o bezpieczeństwo żywności z punktu widzenia konsumenta.

Wydaje się, że pandemia koronawirusa wpłynęła i zachwiała bezpieczeństwem żywnościowym na poziomie międzynarodowym i krajowym, ale też i każdego gospodarstwa domowego.

Fala panicznych zakupów żywności - opartych na mące i ryżu - ogarnęła cały świat, nas też. Najważniejsze w chwili obecnej jest utrzymanie ciągłości dostaw towarów pierwszej potrzeby, czyli głównie żywności, ale pojawiły się problemy logistyczne w jej dostawach, stąd mieliśmy chwilowo puste półki w sklepach. Obok ryżu, w chwili obecnej, najbardziej pożądanym towarem na świecie jest pszenica. Można zaobserwować zmiany okresowe notowań na giełdowym rynku ryżu i zbóż. Także ceny kukurydzy i nasion oleistych podyktowane są spadkiem popytu na paliwa i produkcji biopaliw. Taka sytuacja wprowadza na świecie olbrzymią niepewność dostaw w najbliższych tygodniach.

Jak na tym tle wypada nasz kraj?

Polska jest liderem w produkcji rolnej. Pozwala to nam w czasie pandemii koronawirusa odczuwać pewien komfort, że żywności nam nie zabraknie. Według danych Komisji Europejskiej, eksport pszenicy z Polski na rynki pozaunijne w okresie 2 marca - 13 kwietnia wzrósł w relacji rocznej aż 3,6 razy. Sprzedaży z Polski sprzyjają zmiany na rynkach walutowych, a osłabienie złotego do USD i EUR zwiększyło konkurencyjność polskich zbóż na rynku międzynarodowym.

W połowie marca nastąpiło masowe wykupywanie produktów o przedłużonym terminie ważności. Kupowaliśmy to, co było nam potrzebne i to, co może nam się przydać. Co najczęściej?

W obliczu pandemii nastąpiła zmiana wzorców konsumpcji i zachowań konsumentów - rynek odnotował wzrost obu podstawowych parametrów wartości żywności i żywności gotowej do spożycia, którą można przechowywać, a także znaczny wzrost handlu elektronicznego. We Włoszech popyt na mąkę zwiększył się o 80 proc., na mięso w puszkach - o 60 proc., fasolę w puszkach - o 55 proc., sos pomidorowy - o 22 proc. W Polsce także - robiliśmy zapasy makaronów, mąki, konserw, oleju, cukru, ziemniaków, wody czy soków. Zapasy żywności powinny być efektywne i wartościowe, a więc i przemyślane.

Tyle że konsumpcja produktów o przedłużonym terminie trwałości umożliwia spożywanie ich przez cały rok. W sytuacji niepewności taki zapas daje nam poczucie bezpieczeństwa.

Jest to działanie przeprowadzone kosztem utraty pewnej ilości witamin i składników mineralnych, które ulegają rozkładowi podczas przechowywania. Jest oczywistym, że spożywanie świeżych warzyw i owoców jest bardziej korzystne ze względu na obecność witamin i minerałów. Jednak coś za coś. Jakość produktów polepsza się często przez wykorzystanie procesu liofilizacji, który zachowuje wartości odżywcze.

Stąd w produktach o przedłużonym terminie trwałości występują konserwanty, wzmacniacze i polepszacze smaku?

Kwas askorbinowy jest naturalnym przeciwutleniaczem, który przedłuża trwałość artykułów spożywczych i utrzymuje jasną barwę danego produktu. Dodatek dwutlenku siarki, który jest konserwantem, nadaje owocom i warzywom jasną barwę. Bardzo jasne, suszone morele, chipsy bananowe są traktowane dwutlenkiem siarki w celu rozjaśnienia, bo szybko tracą kolor. W przypadku olejów ważne jest, by olej chociażby lniany, który ma wiele kwasów nienasyconych tłuszczowych, był przechowywany w lodówce. Trzeba sobie zdać sprawę, że owoce i warzywa, które nie będą tak szybko sprzedawane, mogą być traktowane pestycydami w celu ochrony ich przed chorobami grzybowymi czy szkodnikami. Sposobem na pozbycie się chociaż części jest dokładne mycie ciepłą wodą czy z dodatkiem sody spożywczej.

A co z konserwami?

Możemy kupić takie, które zawierają 98 proc. mięsa i sól i nie zawierają żadnych środków konserwujących, ale będą one odpowiednio droższe od najtańszych konserw turystycznych, które mają dużo wody, a przez to są mniej wartościowe. Analogicznie wygląda sytuacja z żywnością suszoną, ale także konserwowymi ogórkami, ananasami i brzoskwiniami w syropie, mlekiem w proszku itd. Najważniejsze jest kupowanie z głową i czytanie dokładne etykiet, by nie szkodzić sobie i swoim bliskim. Aczkolwiek wiemy, że zakupy powinniśmy robić w sposób sprawny.

Jak bardzo kryzys pandemiczny odbije się na polskim sektorze żywnościowym?

Pandemia koronawirusa w dobitny sposób pokazała, jak istotne jest oszacowanie ryzyka wystąpienia przyszłych zagrożeń. Dotyczy to nie tylko zdrowia publicznego, ale także sektora żywnościowego. Już w tej chwili obserwuje się niedobór pracowników sezonowych w rolnictwie, ogrodnictwie i przetwórstwie rolno-spożywczym, którzy dotychczas przyjeżdżali do Polski głównie z krajów Europy wschodniej, a teraz dla ruchu osobowego zamknięto wiele granic. Jest to efekt przepisów ograniczających wjazd do danego kraju i konieczności odbycia kwarantanny po powrocie, jak też obaw o własne zdrowie. Polscy plantatorzy stanęli w obliczu braku rąk do pracy przy zbiorach i wstępnej obróbce świeżej żywności. W nadchodzących miesiącach w UE będzie brakować około 40-50 proc. pracowników sezonowych, co może oznaczać, że wiele warzyw i owoców zostanie i zgnije na polach i w sadach. Problemy te będą się nasilać w ciągu następnych dwóch miesięcy wraz z pojawieniem się kluczowych owoców i warzyw. Tego rodzaju produkty często mają krótki czas dojrzewania, są bardzo łatwo psujące się i potrzebują wykwalifikowanych zbieraczy do szybkiej pracy we właściwym czasie. Kumulacja tego typu produktów na skutek trudności w zbiorze i trudności w bezpośredniej sprzedaży konsumentom przez małe gospodarstwa rolne prowadzi do spadku dochodów i rentowności tych gospodarstw.

Jakie powinniśmy podjąć działania zapobiegawcze, by ograniczyć ryzyko dla polskich producentów?

Polska jest jednym z największych producentów żywności w UE i odnotowuje znaczące nadwyżki w handlu zagranicznym artykułami rolno-spożywczymi. Produkcja rolna przekracza krajowe zapotrzebowanie w przypadku większości rodzajów, co zwiększa nasze bezpieczeństwo żywnościowe. W 2019 r. wartość polskiego eksportu żywności wyniosła 31,4 mld euro, zaś importu - 21,1 mld euro...

Ale na początku epidemii wystąpiły krótkotrwałe braki towarów w sklepach.

Nie wynikały one z niedoboru artykułów rolno-spożywczych w kraju, lecz były następstwem zatorów w logistyce (pojawiły się trudności w dostarczeniu w krótkim czasie odpowiedniej ilości towarów z magazynów do sklepów), niemniej jednak wzbudziły w nas niepokój. Wszystkim wystarczą zapasy, o ile wszyscy zachowają spokój i przestaną je gromadzić. Należy bardzo skrupulatnie planować zakupy, aby nie dopuszczać do marnowania żywności.

Promowanie, wspieranie i postawienie na krajowe produkty to przejawy koniecznego patriotyzmu. Rozkwitnie na dłużej?

W chwili obecnej, gdy następuje redukcja miejsc pracy, należy dążyć do promocji i zwiększenia zatrudnienia na wsi oraz podejmowania prac sezonowych. Firmy handlu elektronicznego wdrożyły wiele nowych inicjatyw w celu ułatwienia bezpośredniego handlu nagromadzonymi produktami. Tworzone są specjalne platformy do uzyskiwania i monitorowania szczegółowych informacji na temat kupna/sprzedaży produktów rolnych w całym kraju, a następnie szybkiego łączenia elementów systemu łańcucha dostaw produktów rolnych. W chwili obecnej polscy konsumenci powinni wspierać polską żywność. W trakcie zakupów wykazujmy patriotyzm gospodarczy, patriotyzm zakupowy, wybierając produkty rodzime oznakowane prefiksem 590. Zmiana nawyków konsumenckich przyniesie polskiej gospodarce niewątpliwe korzyści. Wspierajmy giełdy rolne, ryneczki lokalne czy róbmy zakupy bezpośrednio u producentów rolnych, skracając łańcuch żywnościowy.

Pozostało jeszcze 4% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Tomasz Maleta

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.