Małgorzata Oberlan

"I nie opuszczę cię aż do pandemii", czyli rozwody po lockdownie

"I nie opuszczę cię aż do pandemii", czyli rozwody po lockdownie Fot. ilustracyjne
Małgorzata Oberlan

Prognozowanej fali pozwów rozwodowych w polskich sądach nie widać. W kancelariach adwokackich jednak słychać, że lockdown już w kwietniu napędził im klientów. Najczęściej chodziło o związki, w których źle działo się od dawna, ale...

- Ale jakoś dało się to znieść. Mąż pracował w Niemczech. Zjeżdżał do domu regularnie, tylko coraz rzadziej. Na początku potrafił gnać do nas na weekend co dwa tygodnie. Potem co trzy. Ostatnio zjeżdżał już tylko raz na miesiąc i nie były to miłe pobyty. Ale, jak wspomniałam, dało się to znieść - opowiada Agata, czterdziestoletnia ekspedientka z niedużego miasteczka w Kujawsko-Pomorskiem.

Historia Agaty

Co się dało znieść? Ano to, że mąż ma niekontrolowane wybuchy agresji. Na trzeźwo i na nietrzeźwo też. Że czepia się wtedy Agaty, syna, psa, kota, teściowej - tego, kto akurat jest pod ręką. Że nie szanuje pracy zawodowej żony ("Dziwię się idiotom, którzy robią za takie grosze"), nie akceptuje wyborów życiowych syna i ośmiesza go ("Profil artystyczno-humanistyczny? Dla pedałów chyba"), że generalnie całemu światu ma za złe. Tak bardzo, że czasem trzeba komuś "przez łeb dać", żeby sobie ulżyć.

Oczywiście, bywały między nimi chwile miłe. Poza tym były zobowiązania finansowe, mieszkanie do utrzymania, plan wysłania syna na studia. Wiadomo, człowiek ważył wszystkie za i przeciw. A jak zważył, to wychodziło, że "da się to wszystko znieść". W marcu jednak niemiecki zakład wysłał większość swojej załogi na urlopy i postojowe. Paweł wrócił do Polski.

- Po jakimś miesiącu byłam już pewna, że życia z nim pod jednym dachem nie wytrzymam. Syn ewakuował się pierwszy, do babci. Ja nie dałam rady po świętach wielkanocnych. Wtedy mój sklep się zamknął okresowo, nie pracowałam i byliśmy na siebie skazani jak więźniowie - ciągnie Agata.

Nie chce opowiadać, ile razy od kwietnia dostała od męża "przez łeb". Ostatecznie wyprowadziła się do matki w maju. Pozew o rozwód wniosła w sierpniu. Chciałaby się rozwieść w miarę sprawnie, bez orzekania o winie, z równym podziałem mieszkania. Samochód jej nie interesuje. Interesują ją za to godziwe alimenty na syna licealistę. Terminu sprawy rozwodowej jeszcze nie ma.

Historia Cezarego

- Gdyby nie lockdown, nie przejrzałbym na oczy - powtarza Cezary, trzydziestopięcioletni marketingowiec z Torunia. Pozew rozwodowy ma gotowy. Powód: niewierność żony.

To, że o trzy lata młodsza Patrycja podoba się innym mężczyznom, wiedział dobrze. Można powiedzieć nawet, że był z atrakcyjności żony dumny. Tego, że w jej firmie panuje luźna atmosfera, z szefem jest "na ty", a na imprezach integracyjnych zdarzają się różne sytuacje, także był świadomy. - Ale że przynajmniej od roku przyprawia mi rogi ze swoim bossem, nie zauważyłem. Takim byłem matołem. A podobno wszyscy wkoło wiedzieli. Dowiedziałem się ostatni, przy okazji kilkutygodniowego "zostań w domu" - opowiada.

Zostali w domu, bo i tak nie mieli dokąd pójść. Jego firma się zamroziła i cały dział marketingu wraz z nią. Jej firma większość personelu wysłała do pracy zdalnej. Na początku żartował z sytuacji i cieszył się nawet, że nieoczekiwanie szalone zawodowe tempo im się zatrzyma i będą mieli czas tylko dla siebie. "Zrobimy sobie Czarusia juniora" - kusił żonę.

Ale choć pod jednym dachem, nie byli blisko. Zamykanie się Patrycji w drugim pokoju ze służbowym laptopem na telełączenia z szefem trwało godzinami, i to o różnych porach doby. Dwóch telefonów komórkowych pilnowała jak oczu w głowie. Słusznie! "Tęsknimy oboje, Patusiu" - brzmiał jeden z SMS-ów, ilustrujący osobiste przyrodzenie służbowego zwierzchnika.

Z tego jeszcze Patrycja prawie wybrnęła ("Mówiłam ci, że to erotoman gawędziarz"). Ze wspólnych zdjęć o jednoznacznym charakterze, wykonanych w sierpniu ubiegłego roku, rzekomo podczas służbowego wyjazdu, już nie. Podobnie jak z wymiany korespondencji, którą mąż odkrył, dobierając się w końcu do jej laptopa i komórek.

- Dobrze, że nie zdążyliśmy sobie tego juniora zrobić - podsumowuje gorzko Cezary. - Czy on się dla niej rozwiedzie, nie interesuje mnie. Wyprowadziła się z hukiem na początku wakacji. Mieszkanie jest moje, kupione jeszcze w kawalerskich czasach. Samochód zabrała. Meble mogę oddać jej wszystkie. Ma tylko w spokoju zostawić elektronikę i moje wędki.

Do adwokatów już wiosną

Wystarczył miesiąc lockdownu i wiosną prawnicy w Polsce głośno już mówili o tym, że zainteresowanie procedurami rozwodowymi jest wyjątkowe. Niektóre kancelarie adwokackie, szczególnie w wielkich miastach, w kwietniu i maju wieszczyły "falę rozwodów".

- Z naszych obserwacji wynika, że w okresie lockdownu musiała zwiększyć się liczba przypadków psychicznego i fizycznego znęcania się w związkach, rodzinach. Życiowe dramaty, takie jak np. utrata pracy były potęgowane przez stres i nałogi. Na to nakładał się brak dostępu do pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. Wszystko to wyzwalało w niektórych ludziach najgorsze cechy. Takie sytuacje skutkowały potem kontaktem z adwokatem i zapowiedzią wniesienia pozwu o rozwód - mówi adwokat Mateusz Kondracki z Torunia.

Zapowiadana "fala pozwów" nie dotarła jednak jeszcze do sądów, jeśli w ogóle dotrze. Z informacji płynących z przybytków Temidy w największych miastach Polski wynika, że jest wręcz przeciwnie. Od wiosny wzrosła liczba spraw gospodarczych (tylko tzw. sprawy frankowiczów notują blisko 100-procentowy wzrost), za to liczba spraw rozwodowych spadła średnio o około 20 procent.

Jak podała we wrześniu "Rzeczpospolita", powołując się na słowa prezesów kolejnych sądów okręgowych, w Poznaniu od marca do lipca br. wpłynęło 1810 spraw o rozwód, podczas gdy w analogicznym okresie roku poprzedniego było ich 2438, w Gdańsku liczba takich spraw spadła o 25 procent, w Kielcach o 11 procent. Podobnie było w Krakowie i Szczecinie. W samej stolicy natomiast Sąd Okręgowy odnotował spadek o 33,6 procent.

Jak zauważają jednak prawnicy reprezentujący osoby wnoszące o rozwód, Temida spowolniła procedowanie i obecne statystyki mogą się zmienić w przyszłym roku (pod warunkiem, oczywiście, że pandemia minie).

- Mam sprawę, która zaplanowana była na marzec. Tymczasem do dzisiaj (mamy październik!) nie wyznaczono w niej jeszcze terminu - zauważa adwokat Mateusz Kondracki.

Przemoc jest faktem

Konflikty rodzinne w czasie przymusowej, wiosennej izolacji Polaków eskalowały w wielu domach. To zjawisko akurat znajduje odzwierciedlenie w liczbach. Ze statystyk Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji wynika, że w lutym br., czyli tuż przed atakiem epidemii, policja przeprowadziła w kraju 30 282 interwencje domowe, z których 3972 dotyczyło stricte przemocy. Założono wtedy 6121 Niebieskich Kart.

W marcu natomiast liczba interwencji domowych wzrosła do poziomu 32 615 (przypomnijmy, że był to miesiąc, w którym m.in. zamknięto szkoły). W kwietniu z kolei, w którym lockdown stał się faktem, interwencji było 35.680, a wypełnionych formularzy niebieskich kart - 5778.

W połowie kwietnia już Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar alarmował o sygnałach napływających do jego biura, które świadczą o fali domowej agresji. Pojawiły się akcje pomocowe, np. biura rzecznika w porozumieniu z Feminoteką, Centrum Praw Kobiet i Niebieska Linia IPZ. Było też jednak mnóstwo inicjatyw lokalnych, choćby w postaci uruchamianych telefonów zaufania czy kryzysowych przez ośrodki pomocy społecznej, stowarzyszenia, fundacje.

Dla jasności: wzrost przypadków domowej przemocy w okresie pandemii absolutnie nie jest polską specyfiką. Zjawisko takie, poparte statystykami, odnotowano praktycznie w każdym kraju dotkniętym pandemią. Jak podała fundacja HumanDoc zajmująca się m.in. promowaniem wiedzy o ważnych sprawach społecznych: „Wzrost przemocy na poziomie od 30 do 50 procent potwierdziły już Francja, Wielka Brytania, Chiny, Australia, Hiszpania czy Nowa Zelandia” (za: portal Stopuzalenieniom.pl).

W świecie po pandemii

W epoce przed koronawirusem najczęstszymi powodami rozwodów w Polsce były: zdrada, nadużywanie alkoholu, naganny stosunek do członków rodziny, nieporozumienia na tle finansowym, niezgodność charakterów (w roku 2018 ten ostatni element stanowił ponad 43 proc. przyczyn rozwodów). Czy tak wyglądać będą powody rozwodów postpandemicznych, czas pokaże. Nie wcześniej jednak niż w przyszłym roku.

Na razie zarówno Polacy pragnący jak najszybszego rozwodu, jak i reprezentujący ich prawnicy uzbroić muszą się w cierpliwość. Temida pracuje wolniej. Dobrą praktyką jest wysyłanie skłóconych małżonków najpierw na mediacje. Nowe okoliczności, takie jak np. kolejne kłopoty z pracą i zarobkami (rozwód kosztuje!) też mogą skłonić niektórych do rezygnacji z planu rozwiązania małżeństwa.

Czym zatem skończy się pandemia i przymusowe "zostań w domu", zdalna praca oraz zdalne nauczanie dzieci dla Polaków? Prognozować trudno. Ryzykowne jest zarówno optymistyczne obwieszczanie w tym momencie, że pandemia nie rozbiła polskich rodzin, jak i pesymistyczne wieszczenie przeciwnych scenariuszy.

Rozwód to już nie taki dramat, jak przed laty

"To, że obecnie sądy orzekają rozpad jednego na trzy zawierane w Polsce małżeństwa, sprawia, iż problem rozwodu dotyczy – bezpośrednio lub pośrednio – coraz większej liczby osób. W konsekwencji zmienia się podejście Polaków do rozwodów. Obecnie opinie na ich temat znacznie częściej niż kiedyś wyrażane są przez pryzmat konkretnych sytuacji życiowych" - czytamy w raporcie badawczym CBOS "Stosunek Polaków do rozwodów" (2019 rok).

Z badania CBOS wynika, że w Polsce zdecydowani zwolennicy rozwodów stanowią grupę blisko trzykrotnie większą liczebnie niż ich zagorzali przeciwnicy. Obecnie jedynie niespełna co ósmy ankietowany (12 proc.) jest zdecydowanym przeciwnikiem rozwodów, co trzeci zaś (32 proc.) wychodzi z założenia, że jeśli oboje małżonkowie zdecydują się na rozwiązanie swojego małżeństwa w drodze postępowania sądowego, nie powinni mieć ku temu żadnych przeszkód.

Ciągle największą, choć malejącą na przestrzeni ostatnich lat grupę badanych (52 proc.) stanowią w Polsce umiarkowani zwolennicy rozwodów. To ci, którzy wprawdzie generalnie ich nie popierają, jednak w pewnych sytuacjach uznają za dopuszczalne.

Małgorzata Oberlan

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

kaziusz

Tak to jest jak się nie ma ślubu kościelnego

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.