Kazimierz Królikowski, czyli jak Żółtodzioby z Białegostoku grały w Do przerwy 0:1

Czytaj dalej
Fot. Jerzy Doroszkiewicz
Jerzy Doroszkiewicz

Kazimierz Królikowski, czyli jak Żółtodzioby z Białegostoku grały w Do przerwy 0:1

Jerzy Doroszkiewicz

Mija 50 lat odkąd cała Polska mogła usłyszeć 25-latka z Białegostoku, który z ekranów telewizora śpiewał co tydzień „Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda, świat jest piękny, czy to znasz? Otwórz oczy, patrz”. Ta piosenka rozpoczynała serial dla młodzieży „Do przerwy 0:1”, a śpiewał ją Kazimierz Królikowski.

Urodziłem się w Białymstoku, dokładnie w Starosielcach - mówi Kazimierz Królikowski. Rodzice podczas II wojny światowej prowadzili sklepik. Pewnego dnia, kiedy pan Kazimierz był dwutygodniowym bobasem, a jego siostra miała 3,5 roku, Niemcy zabrali z domu ojca. Resztę wojny spędził w obozie w Stutthofie. Z przekazów rodzinnych pan Kazimierz wie, że kiedy na Białystok leciały bomby, jako niemowlę leżał w kołysce w piwnicy. Mama z koleżanką wyszły po coś z domu, ale gwałtownie zapłakał i mama wróciła. W tym czasie tuż obok spadła bomba i drugą kobietę rozerwało. A mama pana Kazimierza ciągle żyje. - Za cztery miesiące skończy 99 lat! - mówi z radością 75-letni dziś syn.

Po II wojnie światowej rodzina Królikowskich wolała opuścić Białystok. - Ojciec, Władysław Królikowski, był oficerem Armii Krajowej, po wojnie ciągle się do niego przyczepiali - tłumaczy pan Kazimierz.

Po tułaczce po Polsce na dłużej osiedli w Kocku. Ojciec oprócz tego, że pracował jako księgowy - prowadził zespół. Grał na pianinie, na mandolinie.

- Taty siostra prowadziła zespół pieśni i tańca ziemi lubelskiej - dodaje Królikowski. Co ciekawe, ojciec i syn wspólnie dojeżdżali z Kocka do Lublina, by uczyć się muzyki. - Tata jeździł na Podzamcze, do średniej szkoły muzycznej, a ja razem z nim. W ten sposób pan Kazimierz jednocześnie zrobił maturę w liceum i w średniej szkole muzycznej. Grał tam na klarnecie.

- Klarnet mnie fascynował, marzyłem, żeby kiedyś założyć zespół i grać coś w rodzaju dixielandu, kiedy jeden z instrumentów - najczęściej trąbka - gra melodię, a pozostali muzycy improwizują na ten sam temat. Aż pewnego razu zapytał ojca - jaki jest ten Białystok? I usłyszał: Genialni ludzie, genialne miasto. Przyznaje, że chcąc uniknąć służby wojskowej, dowiedział się, że w Białymstoku, w Studium Nauczycielskim, można zdobyć wykształcenie jako nauczyciel wychowania muzycznego. W roku 1962 ruszył do miasta swoich narodzin i mieszka w nim do dziś.

Podobnie Tadeusz Kowalczyk, który do SN-u przyjechał z Chełma Lubelskiego. Pojawił się też pianista Leon Adamiak z Morąga. Mieszkańcem Białegostoku był trębacz - Sławomir Hancewicz. - Pierwszego czy drugiego dnia zaczęliśmy rozmawiać o tym, kto na czym gra, czy nie warto byłoby pograć razem - wspomina Królikowski.

Wszyscy zamieszkali w akademiku przy ul. Świerkowej 20. I tak we wrześniu 1962 r. w II Studium Nauczycielskim w Białymstoku powstał zespół. Początkowo nazywali się „Jazz Group Sextet” i byli miłośnikami jazzu tradycyjnego. - I już na początku listopada zagraliśmy na balu Studium Nauczycielskiego - wspomina muzyk. Dodaje, że ówczesny dyrektor Januszko sam znajdował im dodatkowe występy. - Grałem na klarnecie fajne bluesy i wydaje mi się, że miałem całkiem miły ton - opowiada Królikowski.

Jako zespół taneczny mieli w repertuarze aktualne wówczas przeboje. - Przede wszystkim graliśmy ze słuchu - wspomina Królikowski. W pełni zadowalające brzmienie uzyskaliśmy po rocznych próbach, kiedy do zespołu dołączyli kontrabasista Wojciech Małachowicz (znany potem jako najlepszy stroiciel fortepianów w Białymstoku) i perkusista Leszek Skorupko (ojciec znanej potem aktorki Izabeli Skorupko). Leszek Skorupko został później nauczycielem fizyki.

- Uwielbiałem piosenkę „Mały kwiatek”, czyli „Petite fleur”, to takie tango - tłumaczy Królikowski. Melodię do dziś można znaleźć w setkach wersji w internecie.

Od wiosny 1963 roku muzycy ze Studium Nauczycielskiego grali w czwartki na wieczorkach zetemesowskich w kawiarni „Związkowa” przy ówczesnej ulicy Dzierżyńskiego (dziś Legionowa). - Dostawaliśmy po stówie na łebka - zdradza Królikowski. Muzycy grali do godz. 22. - Na te wieczorki i potańcówki w sobotę i niedzielę trudno było dostać bilety - mówi z dumą muzyk. - A ile później było ślubów tych par, które poznały się w „Związkowej” - rozmarza się Królikowski. I pewnego razu, na zwykłym wieczorku, zespół ogłosił, że szuka nazwy.

- Wyszła fajna dziewczyna, na serwetce napisała „Żółtodzioby” i się przyjęło - wspomina Królikowski. Wiosną 1966 roku „Żółtodzioby” zajęły I miejsce na festiwalu muzyki nastolatków w Białymstoku. - Pojechaliśmy do Warszawy na półfinał, pokonaliśmy „Dzikusów” i „Chochołów”, którzy już wtedy nagrywali płyty, ale do finału też się nie dostaliśmy - opowiada muzyk. Wtedy wygrali „Skaldowie”.

Zespół brał udział nie tylko w festiwalach muzyki młodzieżowej, w Zabrzu wystąpił w konkursie zespołów tanecznych. - Pierwszego i drugiego miejsca nie przyznano, a my zajęliśmy trzecie - wspomina Królikowski. Wtedy kojarzący się z dixielandem klarnet zamienił na saksofon. I tak „Żółtodzioby” pojechały na konkurs do bułgarskiego Słonecznego Brzegu. Grywając przy okazji na dansingach wpadli w oko turystom z Niemiec Zachodnich, którzy dawali Polakom marki w zamian za zagranie ulubionego przeboju. I tak mogli za dewizy kupić w bułgarskim odpowiedniku Pewexu kożuchy - towar wtedy w Polsce, jak niemal wszystko, deficytowy. Udało im się wywieźć je do Polski, mimo interwencji bułgarskiej milicji. Ale przed występami muzycy usłyszeli, że nie mają prawa wykonywać w Bułgarii walca z filmu „Doktor Żywago” autorstwa Maurice Jarre’a. Film i książka w krajach obozu socjalistycznego były zakazane.

W archiwach radiowych zachowało się kilka nagrań Żółtodziobów. W 1967 roku zarejestrowali bigbitową „Wiązankę melodii góralskich” czy „Okna twego blask”. Tę piosenkę skomponował Sławomir Hancewicz, grający również na trąbce i gitarze. Nagrywali te piosenki w Radiu Białystok, ale nie w pięknym i nowoczesnym Studiu Rembrandt przy Świerkowej. Wtedy rozgłośnia nadawała z ulicy Akademickiej 26, z willi po prezydencie Sewerynie Nowakowskim. Nad nagraniami czuwał wieloletni realizator dźwięku w Radiu Białystok - Tomasz Pietrzykowski.

To były czasy, kiedy dyskoteki z dj-em puszczającym muzykę z płyt były rzadkością. Dlatego „Żółtodzioby” latem 1968 roku mogły przez dwa miesiące grać na przykład w nadmorskiej Łebie. - Poznałem tam najpiękniejszą dziewczynę na świecie - rozmarza się Królikowski. Do dziś pamięta, że pochodziła ze Śląska, z Mikołowa. - Miałem wtedy motocykl junak, podobnie Leon Adamiak. Jak cudownie jechało się brzegiem morza, po plaży - opowiada muzyk.

Czy takim występom towarzyszył alkohol?

- W Łebie poznałem takiego fajnego lekarza, opowiedziałem mu, że bez przerwy nam stawiają i zapytałem, co najlepiej wypić? - wspomina Królikowski. - Tylko brandy - usłyszałem. Od tego czasu nie piję żadnych innych alkoholi.

I zarzeka się, że na scenie „Żółtodzioby” nigdy się nie upijały. - Traktowaliśmy granie bardzo poważnie, dostawaliśmy też niezłe pieniądze - wspomina. Dopiero w latach 70. XX wieku niektórzy muzycy zagustowali w alkoholu.

W roku 1969 białostoccy muzycy dostali niezwykłą szansę. - Naszym kolegą był Bogdan Wyszyński z Chorzowa. Usłyszał od Andrzeja Tylczyńskiego, że chciałby założyć taki prawdziwy słowiański zespół bigbitowy - opowiada Królikowski.

Tylczyński był wziętym autorem tekstów piosenek. Pisał dla Czesława Niemena, Piotra Szczepanika, Anny German, Ireny Santor, Marii Koterbskiej, Ady Rusowicz, Bohdana Łazuki, Ludmiły Jakubczak, Ireny Jarockiej, czy Macieja Kossowskiego. Wspomniany śląski muzyk przyjechał do Białegostoku i spotkał się właśnie z „Żółtodziobami”. Na podbój stolicy pojechali Leon Adamiak, Sławomir Hancewicz, Bogdan Sakowicz i Kazimierz Królikowski. „Wiślan 69” stworzyli wspólnie z Bogdanem Wyszyńskim i Grażyną Litwin.

- Mieszkaliśmy w takim niedrogim hotelu w Świdrach, Tylczyński miał renaulta 16, dojeżdżał do nas, na początku finansował noclegi - opowiada Królikowski.

„Wiślanie 69” wpadli w oko szczecińskiej „Estradzie”. Wówczas takie właśnie przedsiębiorstwa miały monopol na organizację wszelkich występów publicznych. Zespołowi szybko udało się zarejestrować kilka nagrań, do dziś najczęściej można usłyszeć piosenkę z serialu „Do przerwy 0:1”. Choć brzmi jak rasowy bigbit, skomponował ją genialny Waldemar Kazanecki.

- Mój głos całkiem wyraźnie słychać w tej piosence, nagrywaliśmy ją w studiu radiowym - wspomina Królikowski. - Chociaż dostaliśmy nuty, sami podzieliliśmy się na głosy, a nagranie trwało bardzo krótko, właściwie po godzinnej próbie.

Grali do jednego mikrofonu w studiu przy Myśliwieckiej. - Pamiętam, jak Bogdan Sakowicz robił przejście na perkusji - wspomina Królikowski. Panu Kazimierzowi nie udało się od lat spotkać z kolegą muzykiem, który wyjechał do Szwecji. Kiedy spotkaliśmy się w redakcji „Porannego” - pokazał mi esemesa z informacją o śmierci i pogrzebie kolegi właśnie w Szwecji.

Kazimierz Królikowski, korzystając z pośrednictwa Pagartu, jeździł grać zarobkowo do Finlandii od 1975 do 1989 roku.

- Co miesiąc dostaję stamtąd 150 euro emerytury - śmieje się muzyk. Grywał na organach hammonda i na syntezatorze.

Kiedy patrzy się na stare fotografie „Żółtodziobów”, uderza dbałość o wygląd. Wszyscy mają jednakowe marynarki. - Sami praktycznie kupowaliśmy stroje, dopiero na 10-lecie zespołu dostaliśmy garnitury od związków zawodowych, bo grywali przecież w „Związkowej”. To były granatowe marynarki z błyszczącymi guzikami i jasne spodnie - taki „środkowy Gierek”. Wcześniej strojami najbardziej przejmował się właśnie Bogdan Sakowicz.

- Miał specjalnego krawca, który nas obszywał - wspomina Królikowski. Wzorem wczesnych Beatlesów „Żółtodzioby” poprosiły krawca o odprucie kołnierzyków marynarek. - Daliśmy za to po dwa guziki - podkreśla Królikowski.

Na najstarszym z zachowanych zdjęć stroje muzyków przypominają dzisiejsze dresy.

- To była taka podszewka - śmieje się Królikowski.

Takie zdjęcie zespołu było obowiązkowe, wymagały tego „Estrady”, a przy okazji było też formą reklamy, bo na wersjach wielkości pocztówki był też adres umożliwiający kontakt z członkiem grupy.

Królikowski w latach 80. XX wieku często prowadził zajęcia z białostocką młodzieżą w klubie „Miraż”. Wtedy stworzył muzykę do dwóch przedstawień - jednego „Na naszym podwórku” - opartego o wiersze Jana Brzechwy, a drugiego - o historii wielkich odkryć geograficznych Krzysztofa Kolumba. Bo podobne widowisko zainspirowało śpiewające dziewczyny z Młodzieżowego Domu Kultury, które widziały je na przeglądzie zespołów amatorskich w stolicy.

- Nawet dostałem tamten scenariusz, ale to były słowa napisane do melodii znanych przebojów - mówi Królikowski. Poszedłem do biblioteki, wypożyczyłem książkę o Kolumbie i postanowiłem stworzyć swój materiał.

Lata minęły, ale pana Kazimierza nie opuszcza energia. 75-letni muzyk wpadł na pomysł, że warto byłoby spróbować wystawić jego widowisko z młodzieżą. Bo scenariusze z gotową muzyką czekają.

- Trzeba by było oczywiście zrobić jakiś casting, ale gdyby jakaś szkoła czy przedszkole chciało spróbować, służę scenariuszem, nutami i chętnie pomogę w realizacji przedstawienia - deklaruje Królikowski.

Kontakt z muzykiem przez naszą redakcję.

Jerzy Doroszkiewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.