Musimy się uczyć sztuki wymiany myśli wolnej od uprzedzeń

Czytaj dalej
Fot. Fot. Archiwum prywatne
Krzysztof Strauchmann

Musimy się uczyć sztuki wymiany myśli wolnej od uprzedzeń

Krzysztof Strauchmann

Podziały wśród ludzi są naturalne, ale musimy dążyć do kompromisu - mówi politolog dr. hab. profesor Kazimierz Dziubka, kierownik Zakładu Społeczeństwa Obywatelskiego Uniwersytetu Wrocławskiego.

W przyszłym roku będziemy obchodzić 40-lecie powstania Solidarności, najbardziej masowego i obywatelskiego ruchu społecznego w Polsce. Co zostało nam do dziś z idei państwa obywatelskiego?
Od wielu lat ze smutkiem obserwuję degrengoladę idei społeczeństwa obywatelskiego, która zagrzewała ruch Solidarności do walki z systemem totalitarnym w latach osiemdziesiątych. Wciąż nie udało się zbudować w Polsce społeczeństwa obywatelskiego, lecz jedynie zatomizowane społeczeństwo obywateli. Rolę spoiwa aksjologicznego i normatywnego społeczeństwa nie pełnią rządy prawa. W siłę rosną natomiast rządy jednostek, posługujących się albo retoryką religijną albo wygrzebanymi z przeszłości wartościami, mitami i symbolami.

Kto, albo co do tego doprowadziło?
Mam krytyczną opinię o naszym niskim poziomie edukacji obywatelskiej, podupadającym stanie kultury politycznej i prawnej oraz nasilających się tendencjach do jednoznacznego, negatywnego i wykluczającego etykietowania każdego, kto w jakiś sposób różni się od dominujących szablonów myślenia i działania. Tym „innym” odmawia się tym samym wolności i praw, przysługujących im z tytułu członkostwa w demokratycznej wspólnocie politycznej. Niestety, takie etykietowanie rozplenia się zarówno na poziomie dyskursu potocznego, jak i publicznego. Duży udział w upowszechnianiu archaicznych schematów myślenia ma edukacja obywatelska, realizowana w szkołach polskich. Jak wynika z badań posługuje się ona niezmiennie stereotypowymi wzorcami ról społecznych i kulturowych. Marginalizuje lub co gorsza pomija bezcenne znaczenie więzi obywatelskich w kształtowaniu nowoczesnych form tożsamości, łączy patriotyzm wyłącznie z etnokulturowym lub nawet czasami spirytualistycznym pojmowaniem narodu. Całkowicie nie dostrzega osiągnięć patriotyzmu obywatelskiego itd. Lista zaniedbań edukacyjno-wychowawczych jest bardzo długa i nic dziwnego, że młody Polak wchodzi w życie polityczne ze znikomą lub wypaczoną wiedzą na temat swoich praw i obowiązków jako pełnoprawny obywatel RP. Nie chodzi o puste deklamacje, lecz poczucie realnego sprawstwa i współodpowiedzialności w sferze prawa i polityki.

Jakie więc powinny być cechy obywateli, aby mogli stworzyć społeczeństwo obywatelskie?
Naczelną wartością i zarazem dobrem kierunkowym członków społeczeństwa obywatelskiego, jest „my” jako określenie wspólnoty. Jej pełnoprawnymi współuczestnikami są także inni obywatele - „niezależnie od narodowości, miejsca zamieszkania, płci, pochodzenia narodowego lub etnicznego, koloru skóry, religii, języka lub jakiegokolwiek innego stanu”. Jest to myśl wyrażona w „Powszechnej deklaracji praw człowieka” przyjętej rzez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 1948 roku, którą powtarza Europejska konwencja praw człowieka z 1953 roku. Obywatelski sens owego „my” nabiera kształtów w publicznej, czyli otwartej debacie, której uczestnikiem może być każdy, kto jako podmiot prawa i polityki chce swoim wolnościom, prawom i obowiązkom nadać skonkretyzowany sens i ważność. A to oznacza gotowość do dyskutowania, polemizowania i spierania się z poglądami i koncepcjami innych obywateli. Tak jak nikt nie przeżyje za mnie mojego życia, tak też nikt nie może lepiej wiedzieć ode mnie, czego doświadcza moje „ja” w stosunku do „my” (rodziny, towarzystwa, sąsiedztwa, otoczenia zawodowego, narodowego). Nikt nie ma monopolu na sposób interpretacji i ekspresję „my”. Tam, gdzie monolog zastępuje dialog, zawsze rodzi się pokusa demagogii, kaznodziejskiego efekciarstwa i samouwielbienia. Żeby sensownie i rzetelnie wypowiadać się na temat innych ludzi, trzeba najpierw uważnie ich wysłuchać. Ta ogólna dewiza postępowania obowiązuje zwłaszcza w kulturze obywatelskiej.

Czy we współczesnym świecie można w ogóle wskazać przykłady państw, które realizują model społeczeństwa obywatelskiego?
Według rankingu Democracy Index opublikowanego przez brytyjski tygodnik „The Economist”, na 165 analizowanych krajów kryteria pełnej demokracji spełnia zaledwie 20 państw (m.in. Norwegia, Islandia, Szwecja, Szwajcaria, Nowa Zelandia, Kanada), kryteria „wadliwej demokracji” - 55 państw (w tym Polska, ale także Francja, Włochy i Czechy), zaś pozostałe kraje zastały zaliczone do tzw. reżimów hybrydowych i autorytarnych. Nie są to być może wyniki optymistyczne i świadczące o bezdyskusyjnej przewadze obywatelskiej formy rządów nad innymi formami. Jednak ludzie na całym świecie ciągle marzą o społeczeństwie obywatelskim. Ideały obywatelskiej podmiotowości niewątpliwie miały fundamentalny wpływ na takie wydarzenia polityczne, jak np. wystąpienie chińskich studentów przeciwko komunistycznym władzom na placu Tiananmen w 1989 roku, protesty Ukraińców na Euromajdanie w 1993 roku, postulaty Gruzinów domagających się demokratycznych reform podczas Rewolucji Róż w 2003 roku, żądania uczestników masowych demonstracji przeciwko korupcji, nepotyzmowi władz i ograniczaniu swobód obywatelskich przez autokratyczne reżimy w czasie „wiosny arabskiej” w latach 2010-2012. Ideały te zapewne rozpalały wyobraźnię kobiet polskich biorących udział w czarnych marszach czy odbywających się w całej Polsce manifestacji przeciwko demontażowi ładu konstytucyjnego. Są też aktualne przykłady takich ruchów, jak choćby petycje i hasła mieszkańców Hongkongu, wznoszone podczas trwających do dzisiaj ulicznych demonstracji. W każdym z tych przykładów odnajdziemy przejawy obywatelskości jako postawy skierowanej na realizację dóbr publicznych, warunkujących rozwój i trwałość demokratycznego, otwartego, pluralistycznego i samorządnego społeczeństwa ludzi wolnych i równych.

Wspomniane przez pana protesty społeczne w Polsce nie miały charakteru masowego. Może nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego, skoro go nie budujemy?
Odpowiem na to pytanie może nieco przewrotnie i nie wprost, ale to, czy potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego i czy chcielibyśmy w nim mieszkać, zależy od skali indywidualnych preferencji, potrzeb i wyobrażeń, spełniających nie tylko ilościowe, lecz także jakościowe oczekiwania „dobrego życia”. Rozmawiamy w przededniu świąt, których wyznacznikiem nie są leżące na stole czy pod choinką konkretne dobra konsumpcyjne, lecz dobra niewidzialne. To one za pośrednictwem słów, gestów, wyrazów twarzy i tonacji głosu tworzą klimat psychoemocjonalny między uczestnikami. Decydują one o wspomnianej „jakości życia” i są nieprzekładalne na wskaźniki czysto ekonomiczne lub technologiczne. Przy okazji warto krytycznie spojrzeć na upowszechniany przez rozmaite szkoły tradycjonalizmu mit domu rodzinnego jako samoistnej oazy spokoju i szczęścia. Praktyka pokazuje, że wbrew tej ckliwej i naiwnej narracji, dla wielu ludzi rodzina wciąż pozostaje więzieniem i ucieleśnieniem „złego dotyku”. W naszym życiu od rodziny po społeczeństwo nic nie dzieje się bez udziału woli konkretnych osób. Z podobnej perspektywy można patrzeć na wagę społeczeństwa obywatelskiego w codziennej egzystencji. Za wybitnym filozofem niemieckim Martinem Heideggerem mogę powiedzieć, że oferuje ona nie tyle warunki do prowizorycznego zamieszkiwania w jakimś odgrodzonym od świata miejscu, które patetycznie nazwiemy ojczyzną, lecz wolną i tętniącą życiem przestrzeń mieszkania i myślenia.

Nie jest łatwiej żyć w kraju opiekuńczym, zapewniającym bezpieczeństwo, ale przy okazji autorytarnym?
Podzielam pogląd Zygmunta Baumana, iż największym zagrożeniem postawy obywatelskiej w ponowoczesnej rzeczywistości jest niepohamowany konsumpcjonizm. Jego ofiarą pada zresztą nie tylko ideał obywatelskiego zaangażowania, lecz także te obszary życia społecznego na czele z kulturą, religią i ekologią, których kodeksy postępowania nie operują językiem kalkulacyjnego umysłu, czyli regułą „zysków”, „strat”, „kosztów”, „konkurencji”, „interesu” i „punktacji”. Gdy stosowanie tych pojęć staje się ślepe na psychiczne i moralne skutki podboju umysłów ludzkich, wówczas władzę nad nimi zdobywają rzeczy. Ale człowiek nie jest rzeczą. Wiedzą o tym doskonale ci, którzy - począwszy od partnera czy rodzica, a skończywszy na liderach politycznych, menedżerach i dyrektorach firm - podejmują wysiłek oparcia relacji społecznych na zaufaniu, szczerości, wiarygodności i wzajemnej trosce. Uwzględnienie tych specyficznych cech stosunków międzyludzkich wymaga znajomości pozaekonomicznej hierarchii potrzeb, sposobów i form ich realizacji. Tej sztuki (współ)życia z innymi ludźmi nie zdobędziemy bez umiejętności samodecydowania, która stanowi bodaj największe wyzwanie egzystencjalne. I na to wyzwanie każdy musi odpowiedzieć samodzielnie, ze świadomością ryzyka upadków i porażek, jakie popełni w wyniku błędnych ocen i wyborów. Rozum ludzki jest bowiem niedoskonały. Jeśli natomiast chcemy, by ktoś zdjął z nas to brzemię odpowiedzialności, to wówczas zrzekamy się - jak mówi konstytucja RP w art. 30 - naszej „przyrodzonej i niezbywalnej godności”, będącej źródłem „wolności i praw człowieka i obywatela”.

Czasem ta wolność to jednak trudne wyzwanie.

Społeczeństwo obywatelskie nie jest ani skoszarowaną zbiorowością, podporządkowaną woli choćby najbardziej oświeconych, ale autorytarnych liderów, ani też stowarzyszeniem egoistów i pyszałkowatych arogantów. Stanowi jeden z najbardziej ambitnych projektów organizacji życia politycznego ludzi, który zawdzięczamy starożytnym Grekom i Rzymianom. W modelu tego społeczeństwa nie ma miejsca na Orwellowską lub Huxleyowską wizję świata rządzonego przez Wielkiego Brata, który czuwa nad każdym aspektem życia ludzi, w zamian za ich dobrowolną lub wymuszoną rezygnację z poczucia wolności i samorealizacji. Alternatywą tej wizji jest samorządność obywateli zrodzona z odpowiedzialnej wolności, solidarności społecznej, czynnego zaufania i równoprawnej kooperacji.

A jednak współczesne państwo chętnie wyręcza nas w podejmowaniu ryzyka decyzji, zwalnia nas od odpowiedzialności, zabierając w zamian kawałek wolności obywatelskiej.
Jest wiele instytucji ukierunkowanych na wzbudzanie mniej lub bardziej bezwarunkowego posłuszeństwa wobec ustalonych przez nie celów i reguł postępowania. Jest to cena, jaką płacimy za stabilność i bezpieczeństwo powołanych do życia struktur społecznych. Dzięki nim nasz potencjał biologiczny zdobywa szansę przekształcenia się w kompetencje społeczne i kulturowe (np. poznawcze, językowe, komunikacyjne, partycypacyjno-kooperacyjne). Jeśli nie nabędziemy tych kompetencji, to „bycie podmiotem” staje się pustym i bezużytecznym sloganem. Nie można odgrywać jakiejkolwiek roli społecznej i politycznej w sposób podmiotowy, jeśli nie znamy siebie i swojego otoczenia.

Mówi pan o roli dialogu, wymiany poglądów w kształtowaniu poczucia wspólnoty obywatelskiej. Jak się nauczyć wzajemnego słuchania?
Sztuki wymiany myśli wolnej od uprzedzeń, stereotypów i wzajemnej wrogości można i trzeba się stale uczyć. Musi być jednak spełniony podstawowy warunek wstępny. Otóż, oddolne roszczenia podmiotowe muszą spotykać ze stałą aprobatą i wsparciem ze strony „góry”, czyli elit władzy. To ich polityka winna zmierzać do zachęcania obywateli do aktywności. Powinno być to celem strategicznym całej wspólnoty, a nie okazjonalnie manifestowaną aktywnością podczas np. wyborów czy zaaranżowanych wieców politycznych. Cichemu lub jawnemu uprzedmiotowieniu ludzi może zapobiec skoordynowane działanie instytucji publicznych w oparciu o przejrzysty i spójny kodeks wartości i norm. Angielska antropolożka społeczna Mary Douglas słusznie zauważyła, że instytucje nie myślą, ponieważ nie posiadają umysłu. Instytucje nie podejmują w związku z tym samodzielnych wyborów i decyzji. Mogą to zrobić wyłącznie konkretni ludzie. Muszą mieć jednak zakorzenione w sposobie myślenia i działania, nawyki postrzegania siebie i innych ludzi jako istoty rozumne, zdolne do wzięcia odpowiedzialności za swoje wybory. Innej drogi transformacji standardów obywatelskich w powszechne praktyki życia społeczno-politycznego po prostu nie ma.

Jakie mogą być skutki pogłębiającego się podziału politycznego i społecznego w Polsce i coraz ostrzejszych przejawów tego podziału?

Podziały społeczne i polityczne w społeczeństwie są zjawiskiem naturalnym. Wszak różnimy się między sobą pod wieloma względami i tę cechę należy w końcu uznać za wartość cywilizacji, a nie jej wynaturzenie. Stąd też z podejrzliwością i obawami patrzę na projekty polityczne zapowiadające pełną zgodność i zanik konfliktów. Zawierają one odwieczny sen o raju politycznym, który napędzał rozmaite utopie ustrojowe. Ich realizacja niosła z sobą tyleż rozczarowań, co nieszczęść ludzkich i cierpienia. Z drugiej strony jednak należy mieć na uwadze granice podziałów i sprzeczności, których przekroczenie może doprowadzić do rozsadzenia porządku społecznego, politycznego i prawnego. Jeśli skonfliktowanym stronom nie będzie przyświecać republikańska dewiza e pluribus unum (z wielości jedność), czyli dążenie do konsensu i kompromisowego rozwiązania przedmiotu sporu, to skutki pogłębiającego się rozłamu mogą być dramatyczne i nieobliczalne. Nie chcę kreślić czarnego scenariusza biegu wydarzeń, gdyż w historii naszego kraju znajdziemy dostatecznie wiele jego wariantów, aby nie powtarzać autodestrukcyjnych szaleństw i eksperymentów ustrojowych kosztem godnego życia pokoleń.

Krzysztof Strauchmann

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.