Nie chce wygrywać konkursów, tylko muzykować z ludźmi kochającymi muzykę

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Urszula Kropiewnicka

Nie chce wygrywać konkursów, tylko muzykować z ludźmi kochającymi muzykę

Urszula Kropiewnicka

Dwadzieścia lat spędził na emigracji w Chicago. Miał tam studio nagrań oraz radio dla dzieci. Po powrocie do rodzinnego Supraśla dalej zaraża ludzi muzyką. W jego domowej piwnicy odbywały się próby chóru, a nawet orkiestry dętej. Bo Janusz Fidziukiewicz kieruje się w życiu sentencją Beethovena: „Zagrana fałszywie nuta nie ma znaczenia. Granie bez pasji jest niedopuszczalne”.

By spełnić swoje marzenia, w latach 90. wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Imał się tam różnych zajęć, m.in. prowadził studio nagrań oraz radio dla dzieci. Kiedy po prawie 20 latach wrócił do Polski, przywiózł ze sobą instrumenty i zaczął wszystko od początku. W rodzinnym Supraślu prowadzi orkiestry, zespoły oraz indywidualne zajęcia muzyczne.

Z Supraśla do Warszawy

Od najmłodszych lat przejawiał zamiłowanie do instrumentów. – Jako sześciolatek grałem na gitarze, uczył mnie brat – wspomina. – Później rodzice zapisali mnie na lekcje fortepianu. Grałem przez dłuższy czas, aż zamarzył mi się zespół rockowy. Uczyłem się wówczas w siódmej klasie szkoły podstawowej w Supraślu. Pisaliśmy własne piosenki, które nagrywaliśmy na starych magnetofonach.

Zespół nazywał się „Nagła śmierć”. Autorką tego wyrażenia jest babcia pana Janusza. - Pamiętam, że jak słuchaliśmy w moim pokoju piosenki, babcia weszła i mówi: „Janek ścisz to radio! Cóż to za nagła śmierć?” I tak już zostało – śmieje się muzyk. – Potem często graliśmy koncerty w Supraślu, więc ludzie pamiętają nas do dziś.

Po maturze w 1987 roku zdawał na Politechnikę Białostocką, ale nie udało mu się dostać do grona studentów tej uczelni. – A wiadomo, że jak chłopak nie dostał się na studia, to szedł do wojska, więc znajoma mi poradziła, bym zdawał do studium muzycznego – opowiada. – Okazało się, że następnego dnia zamykano listę, więc pojechałem rano do Białegostoku z podaniem, a sekretarka mówi, że trzeba do Warszawy złożyć dokumentację. Więc ja w te pędy stopem do stolicy. Z trasy zgarnęła mnie wspaniała kobieta. Nazywała się Halina Frąckowiak, ale to nie była ta słynna piosenkarka, tylko dyrektorka jednego z liceum w Ostrowi Mazowieckiej. To zbieżność nazwisk – śmieje się. – Mogłem z nią dojechać tylko do Ostrowi, więc nie miałem szans, by zdążyć z dokumentami do Warszawy. Ale otrzymałem od niej pomoc, bo pani Halina zadzwoniła do Studium Nauczycielskiego na ul. Czerniakowskiej w stolicy, gdzie były organizowane zajęcia muzyczne i plastyczne. Dokumenty zawiozłem następnego dnia. Dzięki niej udało się rozwijać moją muzyczną pasję – opowiada Fidziukiewicz.

W wojskowej orkiestrze dętej

W warszawskim studium kształcił się tylko rok, bo upomniało się o niego wojsko. – Ale w tej szkole inaczej spojrzałem na muzykę i zrozumiałem, że w przyszłości chcę pracować z dziećmi. Pech chciał, że mimo wszystko zostałem siłą wcielony do wojska – żali się muzyk.

Trafił do Dęblina. Okazało się jednak, że miał trochę szczęścia.– Tak się złożyło, że zwolniło się miejsce w orkiestrze dętej, więc mnie do niej wzięli. To byli zawodowi muzycy i właśnie dzięki nim jakoś udało mi się przetrwać ten czas – opowiada.

Po wyjściu z wojska podjął decyzję, że poleci do Stanów Zjednoczonych.

Amerykański sen

Jako student studium nauczycielskiego bez problemu dostał wizę i 29 czerwca 1990 roku wylądował w Chicago. – Chciałem poduczyć się języka, by dostać się do collegu. Ale musiałem pracować, żeby zarobić na życie – relacjonuje.

Zaczął robić płoty i meble. Wiedział, jak się do tego zabrać, bo ojciec był stolarzem i w jego warsztacie spędzał każdą wolną chwilę. – Pomagaliśmy mu razem z braćmi – tłumaczy. W Chicago każdy jego dzień zaczynał się o godz. 7 rano, a kończył o godzinie 22.

Ten czas pochłaniała praca i nauka. Tak minęło 5 lat. Siłę dawały mu marzenia, m.in. to, by kupić sobie syntezator Roland D 50. – Zobaczyłem go jeszcze w Warszawie, na jednej z wystaw, ale cena przyprawiała o zawrót głowy – wspomina. – I to była moja motywacja do ciężkiej pracy w USA – podkreśla.

Najpierw pracował jako konserwator, później – gdy skończył collage – został przewodnikiem. – Najbardziej lubiłem wyjeżdżać z młodzieżą. Bywało, że 5 dni spędzaliśmy w górach, gdzie przechodziliśmy z North Carolina do Tennessee. Wkoło niedźwiedzie, węże, grzechotniki... To była prawdziwa przygoda. Ale nie czułem, że to jest coś, czym chcę się zajmować całe życie, bo moim życiem była muzyka. Dlatego wielką przyjemność sprawiało mu granie podczas Mszy św. w jednym z polskich kościołów w Chicago. – Godziłem obie prace – uśmiecha się.– Miałem też mocne postanowienie, by zacząć realizować swoje marzenia, a Ameryka to kraj, gdzie marzenia się spełniają. Zrozumiałem, że jeśli przekonam ludzi do siebie, to otworzy się wiele możliwości.

I tak najpierw został menagerem produkcji w jednej z firm, a później stworzył własne studio nagrań. – Znajomi w głowę się pukali. Przekonywali, że to nietrafiony pomysł, bo w Chicago takich miejsc na nagrywania muzyki było bardzo dużo – opowiada.

On jednak był uparty. Wynajął odpowiednie pomieszczenie i założył w nim studio nagrań dla dzieci. Najpierw nazywało się Studio 5, a potem Studio Słoneczko. Prowadził tam m.in. zajęcia umuzykalniające. – Przychodzili do mnie mali Polacy, Meksykanie, Amerykanie, Ukraińcy – wylicza. – Graliśmy na różnych instrumentach, tworzyłem kolejne zespoły... Do dziś z wieloma osobami z tamtych czasów utrzymuję kontakt! Organizowaliśmy też koncerty charytatywne, z których dochód przeznaczony był na przykład na dzieci z Polski, które potrzebowały pieniędzy na rehabilitację czy operacje.

Pewnego dnia pojawił się w jego studio zespół Walker Family, który tworzyła murzyńska rodzina śpiewająca muzykę gospel. - Zaczęliśmy razem nagrywać płyty – opowiada. – Dzięki nim otworzyłem się na nowe gatunki muzyczne.

W jego studio płyty nagrywały też polonijne orkiestry dęte, a strzałem w dziesiątkę okazały się nagrania solowe dzieci. - Było tak dużo pracy, że sam sobie nie radziłem, więc zacząłem zatrudniać pracowników – wspomina. – Otworzyłem też drugie studio, w Palos Hills.

W swoim chicagowskim studio stworzył też dziecięce radio.

– To był program na żywo prowadzony z mojego studia. Fale dochodziły do trzech stanów: Illinois, Indiana i Wisconsin – relacjonuje. – Mieliśmy programy w języku polskim, dzieciaki mogły zaśpiewać, mogły też coś opowiedzieć. Czasem z tego powodu pękaliśmy ze śmiechu.

W studio zatrudnił polską wiolonczelistkę, Joannę, która wkrótce została jego żoną. W USA urodziła im się dwójka dzieci: Bartek i Marysia. Po rodzicach odziedziczyli zamiłowanie do muzyki. Syn jest gitarzystą, córka gra na skrzypcach. – Czasami razem muzykujemy w domu, my, dzieci, plus babcia, która gra na mandolinie – podkreśla z dumą.

Na Podlasiu zaraża muzyką

Rodzina Fidziukiewiczów wróciła do Polski w 2007 roku, zaraz po tym, jak pojawiły się dzieci.
– Chcieliśmy wychowywać je w ojczyźnie – tłumaczy pan Janusz. – Sprzedaliśmy dom, studio przejęła znajoma i po blisko osiemnastu latach za oceanem wróciłem do Supraśla.

Oczywiście zabrał ze sobą większość instrumentów, choć początkowo nie planował kontynuować tu pracy artystycznej. – Jednak nie wytrzymałem i po pół roku zacząłem się organizować – śmieje się. W piwnicy swojego domu zorganizował niewielkie studio. – Mieliśmy tam próby chóru, a nawet orkiestry dętej! Na szczęście dom się jakoś ostał… – śmieje się. I wspomina kolejne zespoły, które tworzył: „Młode smoki” i „Są gorsi”. Tak się nazywały! Potem powstał „Jazgot”, „Przeterminowane pasztety” i „Śpiące królewny”. Ten ostatni tworzyli gimnazjaliści.

Od września tego roku prowadzi zajęcia w Centrum Kultury i Rekreacji w Supraślu.

– To fantastyczne miejsce do pracy! Dzieci czują się tam ważne i docenione. Nie ma niepotrzebnej rywalizacji. Liczba uczestników jego muzycznych zajęć wciąż rośnie. Uczniowie przyjeżdżają z kilku gminnych miejscowości. W sumie 54 osoby.

Janusz Fidziukiewicz prowadzi też zajęcia w Zaściankach, zarówno dla miejscowych dzieci, jak i tych przyjeżdżających z Grabówki i Sobolewa. – Spotykamy się we wtorki i muzykujemy, a w sobotę uczniowie przyjeżdżają do Supraśla, by pracować w większej grupie – opowiada. – Za nami koncert z okazji Dnia Nauczyciela, a teraz szykujemy kolędy na Pasterkę.

W supraskim CKiR Fidziukiewicz prowadzi orkiestrę i zajęcia indywidualne. Przy Kościele NMP Królowej w Supraślu 14 lat temu stworzył zaś chór mieszany dla dorosłych i młodzieży, na którego próby przychodzą przedstawiciele wszystkich zawodów, m.in.: nauczyciele, lekarze, mechanicy, emeryci, studenci.

– Jest nas prawie 50 osób i niedawno dostaliśmy nowe lokum – w wyremontowanym domu katechetycznym w starej organistówce w Supraślu – cieszy się muzyk. – Repertuar mamy różnorodny i wykonujemy go m.in. podczas koncertów w towarzystwie orkiestry, którą prowadzę.

Janusz Fidziukiewicz w 2018 roku stworzył też orkiestrę dętą. – Od razu zacząłem szukać instrumentów dętych i udało mi się pozyskać bardzo stare instrumenty. Wiele z nich ma ponad 50 lat! Przez dwa lata sam je naprawiałem, ale satysfakcja jest duża, bo teraz nadają się do użytku.

Udało mu się zgromadzić chętnych do muzykowania. A co więcej, tak zaraził ich pasją, że prawie wszyscy członkowie orkiestry kupili – mimo wysokich cen – własne instrumenty. Jego orkiestra dęta dzięki m.in. wsparciu finansowemu z budżetu województwa podlaskiego otrzymała tubę. – Poprzedni instrument był bardzo stary i ciężko było na nim grać, a teraz mamy fajny, nowy i świetnie brzmiący instrument! – cieszy się muzyk.

Zastanawiał się, co jeszcze mógłby zrobić w Supraślu i wpadł na pomysł, że zostanie radnym (jest nim od 2014 r.) i stworzy... big band dla dorosłych!  – Ale tu chcę podkreślić, że w tym naszym wspólnym muzykowaniu najważniejsi są ludzie – zaznacza. –  Wielu moich uczniów skończyło studia muzyczne, niektórzy planują otworzyć – tak jak ja kiedyś – studio muzyczne.

Bardzo go to cieszy. Bo, jak tłumaczy, codziennie wiele energii wkłada w to, by kolejne pokolenia zarazić muzyką. I dodaje, że w pracy kieruje się sentencją Beethovena: „Zagrana fałszywie nuta nie ma znaczenia. Granie bez pasji jest niedopuszczalne”. – To po prostu trzeba kochać – podsumowuje. – Pracuję po 14-16 godzin na dobę, ale jestem spełnionym człowiekiem. Moim celem nie jest wygrywanie konkursów, tylko muzykowanie z ludźmi, którzy też kochają muzykę.

Urszula Kropiewnicka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.