Oni mają taką energię, która przyciąga innych. I serca otwarte jak na dłoni

Czytaj dalej
Fot. Angrzej Zgiet
Agata Sawczenko

Oni mają taką energię, która przyciąga innych. I serca otwarte jak na dłoni

Agata Sawczenko

A kiedy do pracy? - co tydzień, w każdy sobotni poranek pyta Gusia Kostrzewska. A mama co tydzień cierpliwie jej tłumaczy: teraz dwa dni wolnego, sobota i niedziela. W poniedziałek znów pójdziesz.

Gusia tak naprawdę nazywa się Bogusława. Ma 38 lat, zespół Downa, a do tego jeszcze znaczne upośledzenie. Pracą nazywa pobyt w Środowiskowym Domu Pomocy.

- Najpierw chodziła do szkoły życia, potem dwa lata na warsztaty terapii zajęciowej. Teraz, już chyba z piętnasty rok, właśnie tutaj, do ŚDP - tłumaczy mama Gusi, Grażyna Kostrzewska. I śmieje się: - Szkoła już była. Więc teraz zajęcia Gusia nazywa pracą. Jak w zwykłym życiu.

25-letni Kamil Woźniak też ma zespół Downa. I tak jak Gusia - pakuje się już wieczorem. - On jednak idzie do szkoły - śmieje się Leszek Woźniak, brat Kamila i jego prawny opiekun.

Codziennie, od poniedziałku do piątku, w Środowiskowym Domu Samopomocy czas spędza 52 podopiecznych. Choć zajęcia rozpoczynają się o 7.30, część czeka już pod drzwiami o wiele wcześniej. - Gdy przychodzę kilka minut po siódmej, wychowankowie już mnie tu witają - przyznaje Małgorzata Urbańska, kierowniczka ŚDS.

Nie mogą się doczekać zajęć. I trudno im się dziwić. Bo tu mają towarzystwo, tu uczą się życia.

34-letnia Asia Korolczuk jest piękną, uśmiechniętą dziewczyną. Na co dzień radzi sobie sama. Niemal we wszystkim. Po skończonych zajęciach sama nawet pojedzie do mamy do pracy, aby mogły już razem wrócić do domu. Asia skończyła szkołę specjalną, potem zawodówkę. Ale do pracy nie może iść.

- Nie poradzi sobie - mówi Grażyna Korolczuk, mama Asi. Bo Asia ma porażenie mózgowe. - Przyczyną był prawdopodobnie przedłużający się poród - tłumaczy Grażyna Korolczuk.

Mówi, że nie od razu widać było, że Asia nie rozwija się tak, jak jej rówieśnicy. Przez pierwsze dwa lata nawet jej nie leczyli. Zaniepokoili się dopiero, gdy w wieku dwóch lat jeszcze samodzielnie nie chodziła. No ale wiadomo, dzieci rozwijają się w różnym tempie… - Jednak nas zaniepokoiła taka przekrzywiona postawa Asi. I to, że chodziła tylko przy meblach - mówi pani Grażyna. Poszli do lekarza. Okazało się, że to właśnie porażenie. Dlatego Asia - zamiast do pracy - teraz chodzi do ŚDS. Nie narzeka. Bo tyle tu zajęć, że pobyt w każdym innym miejscu wydaje się nudą. Asia pięknie śpiewa - najbardziej więc lubi zajęcia muzyczne. Jest jedną z głównych gwiazd w zespole. Lubi też inne zajęcia artystyczne. No i momenty, gdy wspólnie przygotowują posiłki. Bo takie zajęcia też tu przecież bywają. Wszak ta szkoła ma nauczyć swoich wychowanków codziennych czynności, życia…

No i spotkania z koleżankami. Z tego też Asia nie mogłaby zrezygnować. Nagadać się nigdy nie mogą, choć przecież tego czasu jest niby tak wiele.

Zresztą - każdy się tu lubi.

- Bo ci ludzie mają taką energię, która przyciąga innych. Takie dobre serducho, które, niestety, nie jest schowane. Oni mają je jak na dłoni - uśmiecha się pan Leszek. Opowiada, jak po południu przychodzi po brata.

- Tu nie ma tak, że ktoś wstaje i wychodzi. Pożegnać się trzeba z każdym: przybić piątkę czy przytulić. Najgorzej, jak kadra ma jakieś spotkanie w gabinecie. Wtedy co chwilę ktoś z wychowanków tam wpadnie, żeby się pożegnać, narobi rabanu, zamieszania - śmieje się.

Trzy lata temu jego mama miała wylew. Wtedy pod opiekę jego rodziny trafiły dwie dodatkowe osoba - właśnie mama i młodszy o niemal 20-lat brat pana Leszka - Kamil.

Pan Leszek przyznaje, że cała rodzina musiała zmienić przyzwyczajenia, przystosować się do nowej sytuacji. - Córki mają osiem, 10 i 18 lat. Dla nich to też było trudne, duże doświadczenie. Kamil to przecież osoba chora. Trzeba było zrozumieć, dlaczego tak się zachowuje. To dla nich też szkoła życia, którą muszą przejść - mówi.

On sam przyznaje, że brata znał słabo. Wyjechał z domu, gdy ten się urodził. Nie miał więc na co dzień styczności z jego niepełnosprawnością. - Ale polubiliśmy się, poznaliśmy - mówi. - Innego wyjścia nie było. Musieliśmy. Żeby być razem - trzeba iść na kompromisy, ustępstwa. To też wymaga nałożenia jakiejś dyscypliny - Kamilowi nie można pozwolić na wszystko. Bo on wyczuje moment - tak, jak każde dziecko. Jeżeli uda się mamę oszukać - to następnym razem zrobi to samo.

Dlatego tak ważne było, by nauczyć się patrzeć na świat oczami Kamila. Nauczyć się wielu rzeczy. Jak na przykład tego, że chłopaka nie można poganiać. W żadnym wypadku. - Bo się denerwuje. Trzeba go budzić wcześniej - żeby się zorganizował rano. On wymaga tej godziny na obudzenie się. Ma swój rytm życia. Nie można go pogonić - bo trzaśnie drzwiami, brzydko do mnie powie. Przyjdzie tutaj i się wypłacze. Panie tutaj przytulą, jak mamusie - pocieszą.

I nauczą jak żyć. Bo wiele osób w ośrodku jest po prostu niezaradnych życiowo. - W tych podstawowych potrzebach, które dla nas są normalne - mówi pan Leszek. - Czyli ubrać się, ugotować, ogolić się, obciąć paznokcie, dobrać ubranie - to dla nich jest potężne wyzwanie.

No właśnie - dla każdego ważne jest przychodzenie do ośrodka. I dla podopiecznych, i dla ich opiekunów. Bo to właściwie jedyna szansa, by nie siedzieć w domu. By mieć towarzystwo. By uczyć się nowych rzeczy. By poznawać świat.

- Dla Kamila siedzenie w domu jest jak kara - mówi pan Leszek. - A dla mnie - ważne jest, by on był szczęśliwy.

Bogumiła, czyli Gunia, może przez cały dzień nie rozmawiać. Rozgaduje się za to wieczorami. Zaczyna około 22-23, gdy wszyscy domownicy są już w piżamach i każdy zamyka się w swoim pokoju. Gunia ma swego misia, któremu opowiada wszystko, co się wydarzyło się w ciągu dnia. Wszystko, co dobre, ale i to, co jej się nie podobało. Powtarza rozmowy, jeszcze raz odtwarza sytuacje. Czasem na misia pokrzyczy, a czasem śmieje się na całe gardło.

Do ŚDS chodzi już 15. rok. Wcześniej skończyła specjalną szkołę życia, później dwa lata chodziła na warsztaty terapii zajęciowej. - Myślę, że gdyby takich ośrodków jak ten nie było - to te dzieci byłyby naprawdę biedne - mówi mama Gusi. - Bo mimo że my, rodzice, dajemy im wszystko: i serce, i czas, i opiekę. Ale one jednak pozbawione środowiska - nie uspołeczniałyby się, nie uczyłyby się nowych rzeczy. Czułyby się bardzo odizolowane od świata. Tu nabywają nowych umiejętności. Przynajmniej moja Gusia od tych kilku lat co roku widać, że się uspołecznia. I nowych umiejętności nabywa. I zrobiła się bardziej samodzielna. Chociażby w kwestii ubierania. Choć czasem zdarza się, że ubranie nałoży na lewą stronę.

Pani Grażyna cieszy się, że zmieniły się czasy. Bo choć swoją Gusię zawsze starała się traktować w miarę normalnie - nie chowała jej w domu, zabierała do znajomych, pokazywała światu - to jednak dziś wie, że nie zawsze to się udawało.

- Bo kiedyś o niepełnosprawnych - a zwłaszcza intelektualnie - niewiele się mówiło, nie wypuszczało się z domów. Niedawno okazało się, że nie każda koleżanka mogła przyjść do moich młodszych córek w odwiedziny, nie każda nawet wiedziała o istnieniu Gusi. Teraz wiem, że mi było o wiele łatwiej być jej mamą, niż młodszym córkom jej siostrami - mówi.

Wspomina, jak kiedyś powiedzenie „Ty Downie” było największą obelgą w szkole. - A dziś? Społeczeństwo też zaznajamia się, że oprócz normalnych, zdrowych ludzi są też osoby, które żyją koło nas - niepełnosprawne, a nawet niesprawne intelektualnie.

Dziś na szczęście jest inaczej. I wielka w tym rola ośrodków takich, jak Środowiskowy Dom Samopomocy. Powstał on już 20 lat temu. Niedawno obchodził jubileusz.

- Nasza placówka funkcjonuje w strukturach Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie - mówi Małgorzata Urbańska, kierowniczka ŚDS. - Są tu osoby z zaburzeniami psychicznymi - chore psychicznie, z upośledzeniem umysłowym, z różnymi dysfunkcjami łączonymi. Są też epileptycy.

W pierwszym roku funkcjonowania był to ośrodek przeznaczony dla osób 30. Ale mentalność ludzi była inna. I zajętych było tylko około 20 miejsc. - Chęć wydostania osoby niepełnosprawnej z domu była inna. Teraz rodzice chcą, żeby te dzieci chodziły na jakąś terapię, zajęcia rehabilitacyjne. Kiedyś tak nie było. Kiedyś to my musieliśmy chodzić, zaglądać do domów za pomocą pracowników socjalnych i zapraszać do naszych ośrodków.

Teraz jest inaczej. Bo trudno nie korzystać, gdy w ośrodku tyle się dzieje ciekawego. - Mnóstwo zajęć, mnóstwo propozycji. Bo nasi podopieczni chcą coraz więcej. Lepienie z gliny, basen, siłownia - gdyby to było tylko to, to by się tym szybko znudzili.

To zresztą nie tylko zajęcia na miejscu. To wycieczki, obozy, wyjazdy zagraniczne. To wyjścia do kina, teatru, opery. - Trzeba pokazać miastu, że istniejemy - uśmiecha się Małgorzata Urbańska.

Środowiskowy Dom Samopomocy

jest jednostką organizacyjną Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Białymstoku. Jest ośrodkiem wsparcia realizującym proces terapeutyczno-rehabilitacyjny wobec jego użytkowników mających poważne trudności w życiu codziennym, wymagających pomocy niezbędnej do życia w środowisku rodzinnym i społecznym.

Podstawowym celem jest poprawa funkcjonowania osób z zaburzeniami psychicznymi w naszym społeczeństwie i na ile to możliwe - powrót do wcześniej pełnionych ról społecznych.

Zajęcia dla uczestników prowadzone są indywidualnie oraz w kilkuosobowych grupach w pracowniach: plastycznej, gospodarstwa domowego z elementami rękodzieła, komputerowo-wydawniczej, technicznej, kulturalno-oświatowej z elementami relaksacji, usprawniania fizycznego, muzycznej z elementami teatru, treningu kulinarnego.

Agata Sawczenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.