Podlasianka przyciągała niczym magnes wszystkich

Czytaj dalej
Andrzej Fiedoruk

Podlasianka przyciągała niczym magnes wszystkich

Andrzej Fiedoruk

Przychodzili tu lekarze, prawnicy, literaci i zwykli klienci z miasta. Coś zjeść, wypić a przede wszystkim spotkać się i pogadać. Podlasianka przyciągała niczym magnes wszystkich. Zawsze się tu coś działo. W kolejnej części opowieści o tej najstarszej kawiarni w Białymstoku Andrzej Fiedoruk przypomina jej niepowtarzalny klimat, różne zdarzenia - zabawne i te prawie mroczne oraz ludzi, ktorzy przewinęli się przez ponad 60 lat jej dziejów.

W roku 1962 ponownie ktoś coś zakombinował i zlikwidowano w Podlasiance bilard a zorganizowano produkcję lodów. Tak to kawiarnia wkroczyła w kolejny etap lodziarniano-cukierniczy. Jednak słodycz serwowanych w górnej sali smakołyków nie zniwelowała gorzkiego smaku piwiarni w dolnej sali.

Ale nie tylko niebezpiecznie było wewnątrz Podlasianki. Pewnego zimowego wieczoru przechodzącą nieopodal kobietę zaatakował…. latający garnek ze śmietaną, który spadł z parapetu okna budynku nad lokalem. Kawiarnia zawsze przyciągała oryginałów: Podlasianka, gwar rozmów, opary kawy, likieru, papierosów. Kawiarniani bywalcy jak zawsze nudzą się, plotkują. Nagle coś nowego. Pomiędzy stolikami przepycha się grupa kolędników, Zachrypnięte głosy śpiewają „Wśród nocnej ciszy”. Od stolika do stolika wędruje kasjer z wyciągniętą ręką. Tu dostanie 5 złotych, tu 50 groszy. Ale często do dziecięcej dłoni trafia papieros lub kieliszek likieru. Kolędnicy wiedzą co robić z takimi darami. Któryś Herod z wprawą odchylił maskę i wypiciem likieru odpowiedział na toast starszego, częstującego go pana, no to cyk pod tę kolędę! W przeciągu pół godziny przez Podlasiankę przeciągnęło coś z sześć grup kolędujących chłopców.

A jak w Podlasiance robiło się nudno?

Ten temat od lat załatwiali sami konsumenci: Można powiedzieć, że nudno. Nawet, przy kuflu piwa, rozmowa się nie klei. O pogodzie nie ma co, bo brzydka i deszczowa. O grypie... a pfu! Nie wywoływać wilka z lasu. O urlopach za wcześnie. Nudy, nudy. Naraz - jest! I to co! Awantura! W biały dzień. Nie na ulicy, a w Podlasiance. Atrakcja. Bije jeden drugiego po licu. Ktoś krzyczy. Ktoś dzwoni po milicję. Zamykają drzwi.

- Proszę o spokój. Nikogo nie wypuszczamy - jest już milicja. Poszkodowany ma potłuczony nos. Łatwo więc poznać. A winowajca? A kto by tam wydał. Gdyby nie on byłoby w Podlasiance cały dzień nudno. Wieczorami spokojna, w dzień Podlasianka stawała się klubem złotej młodzieży. Wtedy to też, co spokojni obywatele miasta szybciutko kończyli lurowatą kawę i czmychali gdzie pieprz rośnie.

Fałszywy pułkownik i proszek łzawiący

A teraz dla wytchnienia gastronomiczno-kryminalny harlequin z finałem w sądzie. - Bardzo panią przepraszam za śmiałość, lecz bardzo pragnę panią poznać. O ile pani wyraża zgodę, to będę czekał o 13 w kawiarni Podlasianka. Jeszcze raz panią przepraszam za śmiałość, łączę życzenia - ppłk. J. B. Tej treści karteczka powędrowała do ręki Haliny A., gdy wstawała od stolika. Autor karteczki - wysoki blondyn w oficerskim mundurze z odznakami podpułkownika i dwoma rzędami baretek orderowych, przeprosił swe towarzystwo, podszedł do Haliny A. i przedstawił się: - Jestem podpułkownik Jerzy Bednarczyk. Która kobieta oprze się czarowi munduru? Halina A. zgodziła się na wyrażoną propozycję, ponownie spotkali się w Podlasiance, a już wieczorem bawili się w Cristalu. Następnego dnia wieczorem ponownie spotykają się w Cristalu. Po kilku dniach Bednarczyk zjawia się w mieszkaniu Haliny A. Powodem są kłopoty natury finansowej i wobec tego pan podpułkownik prosi o pożyczenie 200 zł. Dostał 60 zł.

Nikt mu nie odmawiał. Prośbę poprzedzała z reguły nader zmyślnie skonstruowana bajeczka o posiadanym stopniu naukowym: mgr inż., ukończonych studiach za granicą i rychłym objęciu wysokiego stanowiska w Warszawie. Nikt nie śmiał odmówić, zwłaszcza gdy do tego dochodziła rzewna historyjka o żonie, która zginęła w wypadku samochodowym i jedynej chorej córeczce. Czasami była też bajka o skradzionym portfelu. Podpułkownik brał pieniądze bez mrugnięcia okiem, obiecywał szybki zwrot i... szukał następnych naiwnych. A potrafił dostać od ręki 150, 200 zł. W mundurze oficera paradował od roku 60, a stopień podpułkownika nadał sobie w roku 1961. Gdy jednakże zainteresowano się tym - wolał ulotnić się z Warszawy i zjawił się w Białymstoku. Jego wykształcenie to zaledwie dwie klasy Technikum Chemicznego. Nigdzie długo nie pracował ani też nie zadomowił się na stałe. Epilog: rok i sześć miesięcy więzienia oraz 1000 zł grzywny. Naiwni pożyczone pieniądze odpisali na straty.

W Hotelowej puknęła bomba, a w Podlasiance jakiś żartowniś rozpylił proszek łzawiący, po czym dał drapaka. Klienci zmyli się, ale personel musiał wylewać wcale nie gorzkie łzy. Wietrzono lokal cały tydzień, a w poniedziałek i tak piekły oczy. Przeżywała też Podlasianka swoje czarne dni, kiedy to banda gwałcicieli zrobiła sobie z kawiarni punkt obserwacyjny. Tam przy piwku, czy winku wybierali swoje ofiary, które następnie gwałcili w pobliskich mieszkaniach lub nawet piwnicach. W 1966 roku oprawcy trafili za kratki.

W roku 1963 padła nawet propozycja, aby Podlasiankę przerobić na winiarnię.

Raz lepiej, raz gorzej

I tak funkcjonowała sobie Podlasianka. Raz lepiej, raz gorzej. Transformacja roku 89 zrobiła swoje nie tylko w portfelu białostoczan, ale także w ich mentalności. Klub Siedmiu umarł śmiercią naturalną wraz z jego animatorami, przepadł empik. Nie było Henia Rogozińskiego nie było Arsenału, wkrótce też wypito ostatnią szklankę wódy w Marszandzie. Rozlazła się artystyczna bohema po mieście. I tylko Podlasianka przez lata traktowana jako przysłowiowy chłopak do bicia przytuliła ofiary transformacji kulturowej.

Przez kilka lat było naprawdę ciekawie. Nawalony lekarz w objęciach nawalonego prawnika, malarz z poetą, muzyk z menelem, to obrazek może niecodzienny, ale normalny - w Podlasiance nie dziwiący nikogo. To w tych czasach powstały refleksje anonimowego literata. Do Jamy nie zagląda słońce. I to nie tylko dlatego, iż jej położenie schodzi głębiej niż poziom, gdzie przechodnie zdzierają obcasy. Tutaj nie zagląda też nadzieja. To miejsce, gdzie świat się kończy, a nie zaczyna. To miejsce, gdzie dostojewski smród toalety przypomina jej bywalcom o bliższym niż dalszym końcu. To miejscowy cmentarz intelektualny, gdzie szukający jeszcze sensu bytu dziwacy dokonują żywota. I to w dwóch wymiarach. I fizycznym, i duchowym. Tu nie Demarczyk, ani Długosz, szepczą do klientów z zakurzonych głośników. Tutaj Muzyka Koni i Disco zachęcają do następnej pięćdziesiątki, czy piwa, a telewizor albo kopie po nogach, albo wali w mordę. Tu też spod zapleśniałych ramek Monet i Renoir przyglądają się bywalcom ni to z uśmiechem politowania, ni to współczucia.

Przy koślawych stolikach, koślawi bywalcy łykają codzienną dawkę swojej neospasminy. I tylko czasami Białorusin Sława spod pobliskich delikatesów rzuci jak perły przed wieprze parę nutek Okudżawy czy Wysockiego. Spotkasz tu adwokata, który źle zainwestował politycznie i ławnika, który kodeks karny pomylił z kodeksem Hammurabiego.

Nieobcy będzie też żurnalista i to do wyboru i koloru, chociaż z czerwienią ostatnio jakby gorzej. Gdzieś w kątku początkowo cichutko przycupnie okoliczny folklor. Ta cichość ma jednak wymiar jednego wina wypitego w kiblu. Jeśli jesteś częstym bywalcem tego przybytku, nie zdziwi cię widok emeryta, który państwową wątróbkę raz w miesiącu popija małym piwem. Spotkasz tam też gości, których stać na flaszkę z baru, jednak bardziej smakuje im ta polewana spod stolika.

Każdy tu znajdzie swoje miejsce

Cóż więc ciągnie ludziska do tej mrocznej jamy? Ano życie, życie. Jama niby Lete, wciąga bywalca w otchłań zapomnienia. Tu każdy znajdzie swoje miejsce. I nikogo nie zrazi, licha szata czy proweniencja. Tutaj przy kieliszku czy kuflu i mądry, i głupi zagadają swój mały dyskurs. Nikt w tym miejscu, poniżej białostockiego poziomu nie obawia się skandalu, bowiem postrzegane poprzez wielu mądrych tego miasteczka, samo w nim bytowanie zakrawa na skandal. Nikt też tu nikogo nie ocenia, aby nie być ocenianym. Każdy w Jamie zna swoje miejsce.

Jak nie liczyć, Podlasianka jest najstarszą funkcjonującą białostocką kawiarnią z obecnym statusem niby piwiarni. A w roku 2019 stuknie jej 65 lat!

Opowieść o Podlasiance znajdzie się w książce “W białostockich karczmach, zajazdach, restauracjach i potajemkach” Andrzeja Fiedoruka. Autor prosi o udostępnienie zdjęć, ilustracji, jadłospisów, związanych z białostocką gastronomią, szczególnie po 1944 r. Tel. 606 217 770.

Andrzej Fiedoruk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.