Polsko-ukraińskie święta: Smutne, ale z nadzieją na lepsze jutro

Czytaj dalej
Alicja Durka

Polsko-ukraińskie święta: Smutne, ale z nadzieją na lepsze jutro

Alicja Durka

Tegoroczne święta wielkanocne będą inne niż zwykle. Początek wiosny, wolne dni i czas spędzony wraz z rodziną będzie inny niż zwykle, bo w cieniu wojny w Ukrainie. Bez bliskich, rodziny i tradycji kultywowanych od pokoleń.

Do Polski przyjechało już ponad 2,5 mln uchodźców z Ukrainy. Są naszymi sąsiadami, kolegami z pracy, szkoły, czasem obsługują nas w sklepie lub mijają na ulicy. Tę Wielkanoc spędzimy razem, choć jeśli chodzi o tradycje, to trochę nas dzieli.

W kościele prawosławnym, święta obchodzone są tydzień później niż w kościele katolickim. To oznacza, że niektórzy będą obchodzić święta podwójnie. Tak zrobi Olga, która obecnie mieszka w Środzie Wielkopolskiej. Wcześniej mieszkała w Żytomierzu, prowadziła swój klub. Jeszcze w lutym świętowała piątą rocznicę założenia swojej działalności. Do Polski przyjechała z czternastoletnią córką, siostrą, jej synem i psem. Teraz mieszkają osobno, bo nie znalazły miejsca, w którym mogliby żyć wspólnie. Pomogli Wielkopolanie, którzy wraz z wolontariuszami wyremontowali stary dom, który od kilku lat stał pusty. Mieszka w nim teraz łącznie dziesięć osób. Każdy z inną historią.

Jak wspomina Olga, dotychczas święta były czasem dla rodziny, tym razem, po raz pierwszy będzie inaczej, bo jej rodzice i mąż zostali w Ukrainie. Rodzice, jak wiele starszych osób, nie chce opuszczać ojczyzny, w której spędzili całe życie, a mąż zerwał kontrakt w Katarze i wstąpił do armii. Broni swojego kraju dla bliskich, rodziny i przyszłych pokoleń.

- Mąż mówi mi codziennie, że wszystko jest dobrze, nic się nie dzieje, ale ja wiem, że po prostu kłamie, bo nie chce mnie martwić

- mówi Olga.

Jak wyglądały ich święta w Ukrainie? Bardzo podobnie, jak te, które zna większość Polaków - święconka, pisanki, dużo jedzenia i przede wszystkim rodzina przy suto zastawionym stole.

Zwyczajowo, do dzieci nie przychodzi zając z prezentami, nie szuka się też poukrywanych słodkich niespodzianek w przydomowym ogrodzie.

- Na Wielkanoc nie mamy żadnych prezentów, ale w naszym kraju dzieci, kiedy tylko przychodzą do dziadków, to zawsze czeka na nie jakiś drobny upominek. Nieistotne, jaki to dzień, czy święta, czy codzienne odwiedziny, zawsze dostają prezenty

- wspomina Olga.

Trudne są to wspomnienia, bo tamtego życia już nie ma i nigdy nie będzie już takie samo. Święta w tym roku, choć już w bezpiecznym miejscu, będą smutne. Każdy coś ugotuje, zasiądzie przy stole z rodakami, którzy teraz są rodziną, choć wcześniej nigdy się nie spotkali i powspominają, jak to było wcześniej, zadzwonią do rodziny, która została w Ukrainie, ale nie będzie to prawdziwe, szczęśliwe święto.

- Prawdę mówiąc, nie mogę sobie wyobrazić, jak będą wyglądały święta, wszystko się zmieniło, nasze życia się zatrzymały, żyjemy z dnia na dzień, bo nie wiemy, co przyniesie jutro

- dodaje Olga.

Dla Anety i Marka Paczkowskich z Gaju Małego i całej ich rodziny, ta Wielkanoc również będzie inna niż zwykle. Aneta ma już pomysł, w jaki sposób rozstawić i połączyć stoły w jeden duży, by znalazło się przy nim miejsce dla wszystkich gości. Będzie ich ponad 20. Kobieta upiecze sernik i mazurki, według sprawdzonych przepisów. Nie zabraknie też pasztetu, żurku, białej kiełbasy i jajek. Dom został już udekorowany.

Obok tradycyjnych dań polskiej kuchni, na wielkanocnym stole pojawią się świąteczne specjały ze Wschodu. Przygotują je Tatiana, Anna i trzy Julie - Ukrainki, które wraz z bliskimi na początku marca znalazły schronienie w Szamotułach i położonym nieopodal Gaju Małym.

Do Szamotuł dotarło najpierw 11 osób z Dniepropietrowska, uważanego za najdłuższe miasto w Europie i jego okolic. Cztery kobiety i siedmioro dzieci, z czego najmłodsze ma zaledwie trzy lata. Dzięki wsparciu Anety i Marka zamieszkały w Szamotułach - w lokalu wynajmowanym dotąd przez mamę Anety. Dobrzy ludzie - jak mówią małżonkowie - pomogli je umeblować.

Wkrótce potem z Dniepropietrowska do Szamotuł przyjechała także Julia z dwójką nastoletnich synów. Pomogli załatwić sprawy urzędowe i odnaleźć się w nowej, nie łatwiej rzeczywistości. Święta, dla wszystkich, mają być chwilą oddechu.

W Wielką Sobotę Aneta i Marek wraz z przyjaciółmi z Ukrainy pójdą poświęcić jedzenie, kolejnego dnia spotkają się na uroczystym śniadaniu, które zgodnie ze zwyczajem obowiązującym również w Ukrainie rozpoczną od podzielenia się święconym jajkiem.

Towarzyszyć im będą rodzice Marka, jego brat, a także mama Anety. Wspólnie przeszukają domowy ogród w poszukiwaniu zająca, wezmą udział we mszy, a później znów zasiądą przy polsko-ukraińskim stole. Razem spędzą też drugi dzień świąt.

- Przygotujemy makowiec, roladę mięsną i szpinakową - zapowiadają Tatiana i Anna - Będą też wareniki, czyli tradycyjne ukraińskie pierogi z kapustą oraz pielmieni z mięsem

- dodają chórem Julie.

Jajka ozdobią charakterystycznymi dla ich kultury ornamentami. Będą to pisanki oraz kraszanki barwione cebulą. Nie chcą zdradzać wszystkiego. Ich kulinarne specjały mają być formą podziękowania za wsparcie, pewną niespodzianką, ale i smakiem domu, za którym bardzo tęsknią.

- W Ukrainie został mój mąż i starszy syn - mówi Tatiana - Walki nie toczą się w naszym mieście, ale Rosjanie są już w obwodzie, 30 kilometrów od miasta

- tłumaczy Julia.

Nie chcą więcej o tym mówić, to zbyt bolesne. Tydzień po świętach w Polsce obchodzić będą ukraińską Wielkanoc. Mimo smutku powodowanego rozłąką z bliskimi i obaw o ich los, chcą pielęgnować tradycje, myśląc o domu, o Ukrainie. Wierzą, że wkrótce do niej powrócą. A wtedy całymi rodzinami zasiądą, choć już nie przy świątecznym, to jednak wspólnym stole.

Bóg jest jeden

Niektóre rodziny spędzą święta wspólnie i spróbują pogodzić swoje tradycje. W Gnieźnie, w jednym domu, u państwa Kielarów, mieszka dziesięć osób - Natalia z siedmiomiesięcznym synkiem Mirkiem z Winnicy, jej siostra z dwoma córkami i pięcioosobowa rodzina z Chersonia - rodzice z trójką dzieci, z czego chłopiec ma niedosłuch.

Natalia skończyła psychologię, nie pracowała w zawodzie, ale robi wspaniałe fryzury i potrafi nauczyć się chyba wszystkiego. Jej siostra pracowała w bibliotece. Z rodziną, mieszała na wsi, 30 km od Winnicy mieli dom i jezioro. Ukochane miejsce na ziemi opuścili uciekając przed wojną.

Kolejna mama przed urodzeniem dzieci pracowała w jednym z ukraińskich instytutów historii, jej mąż zaś skończył szkołę morską w Chersoniu i pływał na barkach.

Ukraińskie święta spędzą ze swoimi nowymi przyjaciółmi z Polski.