Poziom „-1”, czyli o ciałach, które służą nauce. Również po śmierci [zdjęcia, wideo]

Czytaj dalej
Fot. Adam Willma
Adam Willma

Poziom „-1”, czyli o ciałach, które służą nauce. Również po śmierci [zdjęcia, wideo]

Adam Willma

Wszyscy umrzemy, ale nie wszyscy zostaniemy pochowani. Jak wygląda codzienność szczątków przejętych przez naukowców? Jak zachować szacunek wobec tych, których już nie ma a są?

W Zakładzie Anatomii Prawidłowej Collegium Medicum UMK o ludziach, którzy zdecydowali się oddać po śmierci ciało do badań naukowych mówi się uprzejmie „nasi donatorzy”.

Donatorzy przywożeni są do nowego budynku przy ul. Łukasiewicza w Bydgoszczy. Trafiają na poziom -1, gdzie nic nie przypomina ponurych prosektoryjnych wnętrz, jakie znamy z filmów kryminalnych. Błękitna glazura, kwasoodporna stal. Jedynie wszechobecny zapach formaliny nie pozwala zapomnieć w jakim miejscu się znajdujemy.

Utrwaleni

Nad biurkiem doktora Marcina Wiśniewskiego, w centralnym miejscu wisi reprodukcja „Lekcji anatomii” Rembrandta. To samo zaciekawienie badaczy, ale standardy higieniczne nie z tego świata.

- Przede wszystkim u nas pracuje się jedynie na „utrwalonych” ciałach, stąd zagrożenie infekcjami bakteryjnymi jest nieporównywalnie mniejsze - wyjaśnia dr Wiśniewski, który poza etatem w uczelni pracuje również na oddziale ratunkowym (- Dobra znajomość anatomii jest w praktyce lekarskiej bezcenna).

Gdy Marcin Wiśniewski zaczynał pracę w pracę w 1999 roku, w zakładzie było ledwie kilka mocno już sfatygowanych kończyn i trzy ciała:

Przez pierwsze 10 lat pozyskaliśmy tylko jedno ciało, które trzymaliśmy zawsze „na czarną godzinę”. Setki studentów, które opuściły mury uczelni musiały pracować na bardzo wysłużonych preparatach.

W czasach PRL istniały przepisy umożliwiające przekazywanie ciał do celów naukowych, ale w praktyce niewiele z tego wynikało. Czasem uczelniom udawało się pozyskać zwłoki, których nikt nie chciał pochować oraz ciała z zakładów karnych. Przedstawiciele zakładu anatomii jeździli po domach pomocy społecznej z pogadankami, często jednak efekt był odwrotny od spodziewanego - pensjonariusze robili zrzutkę na trumnę, aby tylko ciała nie zabrać do badań.

Zmianę przyniosło dopiero rozporządzenie z 2009 roku w sprawie donacji dla celów naukowych. - I to jest dziś dla nas najważniejsze źródło pozyskiwania ciał - podkreśla dr Wiśniewski.

Od tego momentu procedura została ucywilizowana. Donatorzy wypisują jedynie oświadczenia, resztę formalności załatwiała uczelnia. Czasami zdarzało się jednak, że wbrew woli zainteresowanego, rodzina i tak decydowała się na pochówek. - Zwykle w takich sytuacjach odpuszczamy. Niepotrzebne nam takie konfliktowe sytuacje - wzdycha de Wiśniewski.

Ze zrozumiałych przyczyn trudno pozyskać ciało młode, więc wszystkie ciała, które trafiły do uczelni w Bydgoszczy pochodzą od osób starszych.

Szkielet jak nowy

Ciało, które przywożone jest do zakładu, musi zostać najpierw „utrwalone” poprzez wstrzyknięcie do układu naczyniowego środków konserwujących i zanurzenie w mieszance formaliny, spirytusu i fenolu. Dopiero w ten sposób uzyskany preparat może trafić na zajęcia dydaktyczne, gdzie służy na ogół nie dłużej niż dwa lata.

- Możemy dziś pozwolić sobie na taki komfort, bo ciał jest znacznie więcej niż kiedyś - nie kryje zadowolenia dr Marcin Wiśniewski.

W tej chwili w zakładzie znalazło tymczasowy odpoczynek 19 ciał. Trzy z nich są na bieżąco używane do zajęć dydaktycznych, 16 zupełnie nowych, niepreparowanych czeka na swoją kolej. Oprócz tego w mobilnych kadziach z formaliną przechowywane są izolowane narządy i kończyny.

Po dwuletniej służbie z niektórych ciał preparowany jest układ kostny. Służą do tego nowoczesne maceratory. Najpierw tkanki miękkie z grubsza usuwa się mechanicznie, reszty dokonują enzymy. Proces trwa około dwóch tygodni. W efekcie uzyskiwany jest śnieżnobiały szkielet.

Jak nowy, chciałoby się powiedzieć.

- Kiedyś były to urządzenia działające na zasadzie termicznej. Maceratorem enzymatyczny jest jednak mniej inwazyjny - wyjaśnia dr Wiśniewski.

Tak wypreparowane szkielety są dla medyków znacznie cenniejsze od tych pochodzących z badań archeologicznych. Nie są zniszczone, są młodsze i - co równie ważne - dobrze zdezynfekowane i odtłuszczone, co nie zawsze można powiedzieć o kościach z dawnych cmentarzy. Z myślą o materiale kostnym przyjmowane są nawet ciała w stanie rozkładu.

Szkielety mogą służyć studentom przez pokolenia. Chyba, że pochodzą od osób cierpiących na osteoporozę.

- Mamy jeden taki szkielet, pochodzący od osoby starszej dotkniętej osteoporozą, który dosłownie zaczął już się rozpadać i nie możemy już używać go do celów dydaktycznych.

Tkanki miękkie poddawane są kremacji, a urna trafia do zbiorowego grobowca wykupionego przez Collegium Medicum UMK na cmentarzu komunalnym. Umieszczono na nim napis „Mortui vivos docent” - umarli uczą żywych. W tej chwili znajduje się w nim już kilkanaście urn. Pochówki odbywają się raz w roku i za każdym razem uczestniczy w nich delegacja studentów.

Bywa, jednak, że skremowane szczątki wycofane z uniwersyteckiej listy odbiera rodzina organizując odroczony pogrzeb.



Według doktora von Hagensa

W trakcie pobytu na uczelni ciała są anonimowe. Nie ma również możliwości, aby w na tym etapie oglądały je rodziny. Dostęp do nich mają za to lekarze z klinik szpitala uniwersyteckiego, którzy mogą na nich przypomnieć sobie techniki operacyjne; od takiej właśnie sceny zaczyna się słynny film „Bogowie” opowiadający o prof. Relidze.

„Poziom -1” wyposażony jest w komplet narzędzi chirurgicznych i specjalistyczną wiertarkę neurochirurgiczną. W przyszłości na ciałach z zakładu mają być prowadzone regularne warsztaty dla chirurgów. Do tego trzeba jednak zastosować inną metodę konserwacji zwłok, z minimalną ilością formaliny, co pozwala zachować naturalny kolor i miękkość tkanek.

Nowością w Bydgoszczy jest również sprzęt do plastynacji zwłok metodą profesora Gunthera von Hagensa. Preparaty najpierw są odwadniane w zmrożonym acetonie (w temperaturze -40 stopni), później odtłuszcza się je w acetonie w normalnej temperaturze, a na końcu w miejsce wody i tkanki tłuszczowej - wprowadza się żywice epoksydowe opatentowane przez von Hagensa, które utwardza się w ostatniej komorze.

Liczenie kości

Szczątki ludzkie to codzienność również dla archeologów. Przepisy nakładają na tych, którzy biorą udział w przetargach obowiązek przedstawienia umowy z muzeum lub inną jednostką do tego powołaną, która godzi się przejąć szczątki.

- Konia z rzędem temu, kto zdefiniuje czym są te „inne jednostki” - śmieje się Wojciech Sosnowski, specjalista do spraw zabytków archeologicznych w biurze Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Toruniu.

Choć - jak mawiaja muzealnicy - „nic tak nie ożywia ekspozycji jak trup”, w praktyce jednostki te nie są zbyt chętne do zapełniania magazynów szkieletami. Szczątki są zatem niekiedy przekazywane również firmom zajmującym się archiwizacją.

Nie ma obowiązku gromadzenia ich na terenie, na którym zostały zebrane. W praktyce więc szczątki znalezione pod Bydgoszczą mogą być przechowywane np. w Małopolsce.

Nie mają tego problemu archeolodzy z UMK, którzy mają do dyspozycji potężne magazyny. W tysiącach kartonów mieszczą się zbiory wydobywane od dziesięcioleci, w tym setki szkieletów i mniejszych fragmentów kostnych. Najciekawsze przypadki pozostawiają u siebie antropolodzy z Instytutu Biologii, pozostałe trafiają po przebadaniu z powrotem do magazynów archeologicznych.

- Odkopujemy nie tylko cmentarze, ale i miejsca, gdzie kości zostały wtórnie przemieszczone - mówi dr Ryszard Kaźmierczak. - To kości popękane, zniszczone, które z antropologicznego punktu widzenia mają małe znaczenie, ale są ważne dla statystyki. Naukowiec musi je zatem zabezpieczyć i przeliczyć. Takie kości trafiają do naszych magazynów.

Szkielety, które przetrwały setki lat w ziemi, w magazynie przeleżeć mogą nawet tysiąclecia bez większej szkody, oczekując na nowe techniki badawcze. W magazynach są m.in. szczątki znalezione na wielkim cmentarzysku w Rogowie.

Pół biedy, gdy archeolog natrafi np. na szkielet z okresu po II wojnie światowej. Wówczas do akcji wkracza prokurator, a po przebadaniu szczątki trafiają do grobowca, który na taką okoliczność posiada miasto.

Starsze szczątki po badaniach, jeśli to tylko możliwe, trafiają z powrotem do miejsc, z których zostały wydobyte. Ogromnym przedsięwzięciem jest eksploracja całych cmentarzy.

- Takie badania są niezwykle cenne, bo dają nam obraz całych populacji. Każdy szkielet jest analizowany z Zakładzie Antropologii UMK. Dzięki niemu dowiadujemy się sporo np. o stanie zdrowia i migracjach w danej populacji - wyjaśnia dr Kaźmierczak.

Nieliczne szkielety pochodzące z najciekawszych pochówków wyróżnione zostały miejscem na ekspozycji. Czy tak instrumentalne wykorzystanie szczątków ludzkich nie kłóci się z naszym głęboko zakorzenionym szacunkiem dla ludzkich szczątków.

Najlepszą odpowiedź na to pytanie dali Włosi z Bolzano, poświęcając całe muzeum odnalezionej w Alpach mumii Ötziego. Jedno ciało jest dziś ambasadorem całych pokoleń, po których niema dziś innego śladu.

Adam Willma

Żyjący w coraz mniej oczywistym świecie ze stałym uczuciem deja vu. Nałogowy słuchacz ludzkich historii i muzyki sprzed trzech stuleci.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.