Przemysław Tuchliński. WicepRezydent

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Tomasz Maleta

Przemysław Tuchliński. WicepRezydent

Tomasz Maleta

Sednem nominacji nowego zastępcy prezydenta Białegostoku był fakt, że tuż po złożeniu ślubowania nie potrafił powiedzieć, od kiedy jest członkiem Nowoczesnej.

Posada życia asystenta prezydenta - tak zatytułowaliśmy w „Porannym” 17 marca 2017 roku raport Regionalnej Izby Obrachunkowej w części poświęconej szefowi departamentu prezydenta. Bo w okresie, który kontrolowali inspektorzy RIO Przemysław Tuchliński nie miał przydzielonego zakresu obowiązków, uprawnień, ani zakreślonej odpowiedzialności. Za to inkasował co miesiąc 1200 zł dodatku specjalnego. Po kontroli prezydent doprecyzował, za co odpowiada jego podwładny, a w sobotę jego status urzędniczy podniósł do rangi wiceprezydenta z ramienia Nowoczesnej. Teraz będzie odpowiadał za geodezję, środowisko, nadzorował straż miejską, dbał o relacje obywatelskie na linii magistrat-mieszkańcy. W gruncie rzeczy nic ponad to, z czym do tej pory radzili sobie prezydent i jego dotychczasowi zastępcy. W porównaniu do poprzedniej posady Przemysławowi Tuchlińskiemu przybyło trochę obowiązków, ale i zapewne urośnie uposażenie. Różnica (poznamy ją po złożeniu oświadczenia majątkowego) być może będzie oscylować w granicach kwoty, o którą bój sądowy toczy prezydent z radnymi klubu PiS. I właśnie nieprzyjaną polityką większości w radzie miasta oraz chęcią budowania szerokiej koalicji antypisowskiej prezydent uzasadniał nie tylko powołanie czwartego zastępcy, ale odejście od tzw. dekalogu (prawie dwa lata temu zobowiązał się, że będzie m.in. miał trzech zastępców) .

W ten sposób Tadeusz Truskolaski próbował ograniczyć straty wizerunkowe związane z tym, że nie dotrzymuje słowa. Zupełnie niepotrzebnie, bo dekalog dekalogowi nierówny: Białystok to nie góra Synaj, a prezydent to nie Mojżesz. Bo też obietnica z czerwca 2015 roku była obarczona grzechem pierworodnym, czyli ogłoszeniem jej tuż przed debatą nad absolutorium. Podobnym mitem był przymiotnik bezpartyjny w przypadku komitetu wyborczego prezydenta. Nie traci on tej cechy wraz z nominacją Przemysława Tuchlińskiego, bo nigdy jej miał. Był tylko i wyłącznie emanacją urzędniczych nadziei na zachowanie status quo. Najpełniej odzwierciedla to podpisanie na kolanach przez sekretarza miasta deklaracji założycielskiej w sierpniu 2014 roku w restauracji Kawelin.

Tyle że nawet jeśli od strony wizerunkowej decyzja o powołaniu czwartego zastępcy pokazuje, ile jest warte słowo Tadeusza Truskolaskiego, to prezydent i tak jest w prawie. Bo zgodnie z nim może mieć czterech zastępców, i ani jednego więcej. Dlatego uwaga prezydenta, że w wielkiej koalicji czeka także na przedstawicieli PSL czy SLD była tylko ironiczna. Po pierwsze: nie mogą być oni kolejnymi wiceprezydentami. Po drugie: de facto obie te struktury w mieście nie istnieją. Podobnie jak Nowoczesna w radzie miasta. Dlatego prezydent desygnując jej przedstawiciela do władz miasta nic nie zyskuje. Na dodatek w żadnym stopniu nie zbliża się - jeśli rozważa taki scenariusz - do mandatu europosła.

W naszym regionie do tej pory posadami w europarlamencie dzielą się PiS i PO. Tyle że w przypadku Platformy w 2019 roku jedynką powinien być przedstawiciel Warmii i Mazur. A bez „full position” żaden reprezentant Podlaskiego nie ma co marzyć o bilecie do Brukseli (pokazał to dobitnie rok 2009). Mało tego. Będący ostatnio w Białymstoku szef PO Grzegorz Schetyna zapowiedział, że chętnie weźmie na eurolistę Tadeusza Truskolaskiego, jeśli ten zapisze się do Platformy. Z kolei dla Nowoczesnej wejście do nurtu instytucjonalnego byłoby - przy spadających notowaniach - sukcesem, gdyby nie sposób, w jaki się dokonało. Zaś podsumowaniem nominacji dla nowego zastępcy prezydenta Białegostoku był fakt, że po złożeniu ślubowania nie potrafił powiedzieć, od kiedy jest członkiem Nowoczesnej.

Ale też trzeba powiedzieć, że nikt bardziej niż Przemysław Tuchliński nie nadawał się do odegrania tej roli. Przez lata asystent prezydenta Truskolaskiego, podążający za nim jak cień. Nawet pracę magisterską napisał w oparciu o początki prezydentury swojego pryncypała. Dziś synonimem takich karier są Misiewicze (notabene termin ten ukuła Nowoczesna). Tyle że kategoria ta nie do końca oddaje specyfikę Białegostoku. Już chyba bardziej rezydent, ale w tym pierwotnym znaczeniu: „ubogi krewny, przyjaciel lub wysłużony oficjalista mieszkający stale na dworze szlacheckim i będący na utrzymaniu gospodarza”. Bo też Białystok tylko i wyłącznie w postrzeganiu i uprawianiu polityki zachował swój archetypiczny charakter: „folwarku przy dworze, który przestrzeń wokół traktuje jako włości klanowo-koteryjne”.

Ta samo dotyczy też drugiej strony samorządowej barykady. Wystarczy tylko wspomnieć nazwiska: Szczudło, Dębowski, Zieleniecki i inni.

Tomasz Maleta

Zainteresowania: Region, samorząd, niepokorne spojrzenie na świat najbliższy i ten całkiem odległy. Obserwator białostockiej, podlaskiej, krajowej i międzynarodowej sceny politycznej chodzący z boku od głównego nurtu niezależnie od tego, kto w nim mąci co jakiś czas. Sympatyk białostockiej Kopyści i innych dźwięków, także z innej szerokości geograficznej. A także otuliny Puszczy Augustowskiej od Wigier do Serw. Z każdym rokiem bliżej emerytury, choć i tak jawi się odległa. Pod warunkiem, że się jej doczeka.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.