Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego

Przyczynek do Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy

Konstanty Kosiński. 1920 rok. Fot. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku Konstanty Kosiński. 1920 rok.
Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego

Maria Kościanka i Konstanty Kosiński. Oboje ideowi nauczyciele z pięknymi kartami życiorysu. A poróżniła ich dobroczynna kwesta. Dziś ona pewnie byłaby w Sztabie Orkiestry, a on by się zasłaniał pedagogiką.

I znów jesteśmy w przededniu największego dobroczynnego poruszenia narodowego, czyli przed Finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Niczego bardziej budującego na ulicach polskich zobaczyć nie można niż kwestujących młodych ludzi, którzy potrafią z tego zajęcia zrobić sobie i innym doskonałą zabawę. I znowu będzie toczyła się dziwna dyskusja. Będą naciągane kontry i pomówienia. Do głosu będą starali się dorwać ci, którzy nie rozumieją o co chodzi, których Orkiestra denerwuje i ci którzy po prostu zazdroszczą jej sukcesu.

Nic w tym nowego. Odnalazłem historyczne ślady takich zachowań w Białymstoku w 1919 r. Zdziwienie budzić muszą tylko adwersarze - Maria Kościanka i Konstanty Kosiński. Oboje ideowi nauczyciele z pięknymi kartami życiorysu. A poróżniła ich właśnie dobroczynna kwesta. A oto i ta historia. W pierwszym roku po odzyskaniu niepodległości w Białymstoku brakowało wszystkiego, począwszy od żywności poprzez opał, a na ubraniach i wyposażeniu szkół skończywszy. Szczególnie podatnym czasem na organizowanie różnych akcji charytatywnych był okres poprzedzający Boże Narodzenie. 13 grudnia 1919 r. Dziennik Białostocki informował, że „zbliża się radosny dzień gwiazdki, w którym musimy zaznaczyć, iż Oswobodzona Ojczyzna kocha wszystkie dzieci i nie zna pomiędzy nimi różnic pochodzenia. W tym też celu urządzona będzie sprzedaż znaczka, z którego dochód obróci się na zakup produktów na gwiazdkę dla ubogich dzieci. Zapewne nikt nie będzie skąpił grosza na tak szlachetny cel, lecz przeciwnie przez zakupno znaczka dorzuci swój podarek dla ubogiej dziatwy. Ona zaś otrzymawszy je z rąk wolnych braci umacniać będzie swój patriotyzm ku chwale Niezawisłej Polski”.

Ten „znaczek” to był niewielki kartonik ze stosownym stemplem. Kwestujący rozdawali je darczyńcom. W akcję włączyły się białostockie szkoły. Najbardziej aktywne były dzieci ze szkół nr 4 i 5. Nic dziwnego. Kierownikiem czwórki był Michał Motoszko - niekwestionowany lider środowiska nauczycielskiego. Dzielnie wspierała go ucząca w tej szkole Maria Kościanka, która już w 1920 r. przejęła kierownictwo szkoły. Kierowniczką piątki była początkowo Zofia Szmidtówna - wspaniała zasłużona nauczycielka, którą w 1919 r. zastąpił Mieczysław Rogaliński. Nie bez znaczenia dla polemiki, która za sprawą „znaczka” wybuchła, był fakt, że czwórka w 1919 r. mieściła się w gmachu przy Kościelnej , w którym też do lutego 1919 r. znajdowała się piątka. Ale budynek ten był właściwie siedzibą Gimnazjum Męskiego im. króla Zygmunta Augusta, w którym nauczycielem matematyki był Konstanty Kosiński.

Czyżby publiczna polemika Kosińskiego z Kościanką swój początek miała w pokoju nauczycielskim? Można przypuszczać, że tak. Gdy akcja znaczkowa trwał w najlepsze, to 17 grudnia 1919 r. Konstanty Kosiński wystąpił z listem, który zatytułował „Żebranina” i został opublikowany w Dzienniku Białostockim. Oto jego treść. „Sprzedawały znaczek dzieci 8-, 12-letnie. Wyraz sprzedawały ująłem w cudzysłów, bo czyż można nazwać to sprzedażą. Wystarczy przyjrzeć się, w jaki sposób odbywa się ta czynność, aby stwierdzić, że nie jest to sprzedaż lecz tylko żebranina. I żebrzą małe dzieci wysyłane przez starszych! Wojna wszechświatowa obalając trony, druzgocząc olbrzymie mocarstwa, niejedno pojęcie wywróciła - złe dawniej dobrem obecnie nazwała; nie obaliła jednak zasadniczych pojęć pedagogiki. Te zaś głoszą, że nie wolno demoralizować dzieci przez wysyłanie ich na ulice i zmuszanie do uprawiania żebraniny. Dzieciom należy wpajać zasadę, że tylko za rzetelną pracę można pobierać zapłatę. Wierzę, że rozmaite sprzedaże znaczka są tylko modą, która minie i wspominać ją będziemy jak sen przykry. Wychowawcy młodzieży winni jednak dbać, by ta niedorzeczna i szkodliwa moda minęła jak najprędzej. Fundusze otrzymywane od sprzedaży znaczka można z łatwością zdobyć w sposób bardzo prosty i nie demoralizujący dziatwy. Należy zorganizować sprzedaż wyrobów uczniowskich. Dzieci nasze mogą dużo ładnych, potrzebnych do użytku codziennego lub do ozdoby rzeczy zrobić. Chętni nabywcy znajdą się zawsze. W ten sposób zdobędzie się pieniądze bez upadlającej żebraniny”.

Zaatakowana Maria Kościanka po kilku dniach odpowiedziała Kosińskiemu. „Zupełnie zgadzam się z panem K., że wojna wpłynęła nader ujemnie na ludzi i wyprowadziła na jaw drzemiące na dnie duszy brzydkie instynkty, ale stanowczo protestuję przeciwko twierdzeniom, by zaćmiła umysł inteligentnych ludzi do tego stopnia, by w sprawie wychowania młodzieży kierowali się modą. Dziewczynki z 4-ej szkoły spełniły obowiązek niemiły, ale doskonale zrozumiały, że nie „żebrzą” dla siebie, ale sprzedając rumianek [t. j. znaczek A.L.] przez siebie zrobiony niosą pomoc państwu polskiemu, młodemu państwu, które nie jest jeszcze tak zasobne, by tylu powstałym szkołom dostarczyć t. zw. pomocy szkolnych. Rozumiały, że pracują dla szkoły i teraz, kiedy w szkole jest zegar, tablice poglądowe, mapy i t. p. rzeczy, mogą śmiało powiedzieć, że szkoła im to zawdzięcza. Szkoda wielka, że ci pedagodzy, którzy uważają, że demoralizujemy dzieci nie wejrzą bliżej w życie szkoły powszechnej, nie wskażą jakie to wyroby uczniom mają przynieść takie wielkie zyski, niech wskażą nabywców na takowe lub niech ofiarują sumy potrzebne na zakup pomocy szkolnych, bez których sumiennie traktując swój zawód nauczyciel prowadzić w szkole wykładu nie może”.

Kosiński nie puścił płazem polemiki. Odpowiedział, tytułując swoją replikę górnolotnie - O duszę dziecka. Pisał, że „na wywody szanownej autorki tego listu zgodzić się żadną miarą nie mogę, a to z przyczyn następujących. 1. Sprzedaż znaczka jest modnym obecnie środkiem zdobycia funduszów. Przed kilku jeszcze laty nie znano tego sposobu wcale. Zarządy 4 i 5 szkół powszechnych oraz Powiatowy Komitet Opieki nad Dziećmi użyły tego modnego środka do zdobycia pieniędzy; jasnym więc jest, że w tym wypadku nastąpiło „zaćmienie umysłu inteligentnych ludzi”. Skonstatowałem fakt; sądziłem, że „zaćmienie” minie, omyliłem się, bo jak o tem przekonywa list p. M. K. trwa ono niestety dotychczas. 2. Pisząc moje uwagi miałem na względzie nie wyłącznie 4 szkołę powszechną, lecz w ogóle sprzedawanie przez dzieci znaczka na ulicach, gdyż uważam, że ten sposób zdobywania pieniędzy rozmija się w zupełności z zasadami pedagogiki. 3. Czy dziewczynki z 4 szkoły rozumiały, że sprzedając znaczek niosą pomoc państwu polskiemu, czy też nie rozumiały tego, nie zmienia to postaci rzeczy, bo i w tym wypadku sprzedaż znaczka jest środkiem niepedagogicznym, gdyż wpaja w umysły dziecięce przekonanie, że cel uświęca środki. 4. Otrzymałem na ulicy kartkę papieru z napisem: Dla biednych dzieci powszechnej szkoły N° 5. Kartka ta świadczy, że dzieci 5 szkoły miały już na widoku cel mniej wzniosły niż uczennice 4 - ej. Mam również kartkę, na której jest tylko pieczęć Komitetu Opieki nad Dziećmi. W niedzielę zaś 21 grudnia r. b. na zapytanie moje, na jaki cel zbierane są pieniądze dziewczynka sprzedająca znaczki z pieczęcią Komitetu odpowiedziała spuszczając oczy: Na choinkę. Ten ostatni cel bardzo niewysoko wznosi się ponad poziom. 5. Wiek dziecięcy jest w życiu człowieka okresem, w którym wpływy świata zewnętrznego najsilniej oddziałują na kształtowanie się charakteru. Najmniejsze odchylenie od drogi wskazanej przez pedagogikę tworzy skazę na wrażliwej duszy dziecka; skaza ta zostawia ślad na całe życie. Z tem liczyć się muszą wychowawcy. Gdyby współczesne nam pokolenie wychowywane było na podstawie zdrowych zasad pedagogiki, gdyby nie zatruwano mu duszy w dzieciństwie - nie mielibyśmy tylu darmozjadów, złodziei grosza publicznego i t. p. grabarzy ojczyzny. 6. Na przytyk osobisty p. M. K. zaznaczam, że pracuję w szkole polskiej i dla polskiego szkolnictwa w Białymstoku piąty rok. Ocena tej pracy nie do mnie należy”.

Maria Kościanka już nie odpowiedziała. Wydaje się, że argumenty obydwóch stron zostały wyczerpane. Nam pozostaje bliskie pewności stwierdzenie, że Kościanka dziś byłaby w Sztabie Orkiestry. Kosiński szukałby natomiast dziury w całym, zasłaniając się pedagogiką.

Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.