Śmierć strażaków. Takiej tragedii na Podlasiu nie było od 25 lat

Czytaj dalej
Fot. Jacek Chlewicki
Agata Sawczenko

Śmierć strażaków. Takiej tragedii na Podlasiu nie było od 25 lat

Agata Sawczenko

Mieli 26 i 29 lat. Jeden osierocił kilkumiesięczne dziecko, drugi - właśnie miał zostać ojcem. Gasili pożar magazynu ze sztucznymi kwiatami. Takiej tragedii na Podlasiu nie było od 25 lat

Było tak gorąco, że ze ścian poodpadały tynki. 800 stopni Celsjusza. Do tego zadymienie, które bardzo ograniczało widoczność. Strażacy, którzy w czwartek wieczorem weszli do płonącego budynku przy ul. Dojnowskiej, nie mieli nawet szans, by sprawdzić, czy stawiają stopę na bezpiecznym terenie. Weszli do budynku po nieistniejących już Zakładach Mięsnych, gdzie teraz mieściła się hurtowania sztucznych kwiatów, mimo że wiadomo było, że nie ma w nim żadnych ludzi. - Mieli sprawdzić, gdzie jest źródło ognia - tłumaczy generał brygadier Leszek Suski, komendant główny Państwowej Straży Pożarnej.

Weszli na piętro po stalowych schodach. Z nich dostali się na podest, a potem, podobnymi schodami zeszli niżej. Nie zauważyli, że znajdują się na podwieszonym suficie. Strop się załamał. Jeden strażak spadł. Warunki były tak trudne, że drugiemu również nie udało się wydostać.

- Żeby chociaż ludzi ratowali! Dla sztucznych kwiatów i budynku poświęcić życie? Straszne - załamuje ręce Zofia Pawłuszewicz. Mieszka przy ulicy Plażowej. - Przeraziłam się, gdy wyjrzałam przez okno. Całe niebo pełne czarnego dymu. Na szczęście wiatr wiał w stronę plaży, gdzie nie ma żadnych domów. Inaczej i my byśmy ucierpieli. Ale i tak się bałam.

Pożar wybuchł w czwartek po południu. Straż pożarna zgłoszenie o wydobywającym si dymie otrzymała o godz. 18:41. 100 strażaków gasiło pożar ponad trzy godziny.

- Syn mówi, że chyba coś się komuś w kominie pali - relacjonuje początki pożaru Tomasz Rutkowski, mieszkaniec pobliskiej ul. Podłużnej. Wyjrzał, dymu było tyle, że nie miał wątpliwości: to na pewno coś większego.

- Masa syren, masa dymu, kotłowało się tu wszystko do wieczora - dodaje. - Pożar ugasili, tylko szkoda tych dwóch strażaków...

To Przemysław Piotrowski i Marek Giro. Mieli 26 i 29 lat. Przyszli do straży w czerwcu 2013 roku. Przemysław studiował ratownictwo medyczne na Uniwersytecie w Białymstoku. Był na III roku. Marek - to absolwent Zespołu Szkół Katolickich w Białymstoku. Koledzy skrzykują się na Facebooku, by uczestniczyć w pogrzebie. Ma się odbyć jutro.

- Śmierć tych dwóch strażaków jest dla nas dużym cierpieniem - mówi komendant Suski. - Nie ma takich słów, którymi moglibyśmy nasz żal opisać. Szkoda, że tak się stało. Przygotowujemy się na takie okoliczności, ale jak widać uchronić się przed nimi nie możemy - dodaje. I przywołuje statystyki: - W ciągu ostatnich 25 lat w Polsce podczas akcji zginęło 17 strażaków. 15 zostało ciężko rannych - mówi.

Jednak na Podlasiu takiej tragedii nie było od co najmniej 25 lat. Zawodowi strażacy zawsze z akcji wychodzili cało. - Owszem zdarzały się wypadki, ale ich skutki nie zagrażały ich życiu - mówi mł. bryg. Marcin Janowski, rzecznik prasowy podlaskiej straży.

Dodaje, że wszyscy strażacy w jednostce mogą liczyć na pomoc psychologa. Dostały ją również rodziny zmarłych tragicznie strażaków. Pomoc uzyskają też w sfinansowaniu i przygotowaniu pogrzebów. Ale to nie wszystko.

- Jesteśmy z rodzinami w kontakcie. Udzielimy każdej pomocy, jakiej będą potrzebować - zapewnia komendant Leszek Suski.

Wczoraj w białostockiej katedrze odprawiona została msza święta za poległych strażaków. - To byli nasi koledzy. Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci. Nie chcemy na razie o tym rozmawiać - mówi tylko Marcin Janowski.

Przygotowujemy się na takie okoliczności, ale uchronić się przed nimi nie możemy

Strażaków najczęściej się widzi gdy prezentują nowy sprzęt albo na pokazach ratownictwa: w pięknych mundurach, uśmiechniętych. A tak naprawdę to niebezpieczny zawód.

Antoni Ostrowski, podlaski komendant wojewódzki Państwowej Straży Pożarnej w latach 2011-2016: Wiele jest niebezpiecznych zawodów. A w straży od czasu do czasu to żywioł zwycięża człowieka. Niestety...

Nie można tego uniknąć?

To takie rozważania po czasie. Czy można uniknąć wypadków drogowych? Pewnie! Czy można iść i nie potknąć się? Pewnie też... Strażacy są szkoleni, doskonalą się. Ale życie pisze takie scenariusze, na które żadne szkolenie nie odpowie. Jak to się mówi potocznie: w życiu trzeba mieć troszeczkę szczęścia. Bo teoretycznie wszystko jest ok, człowiek jest sprawny, wyszkolony, a nagle zdarza się coś, czego nie da się przewidzieć. A w naszej profesji to jest dość częste.

Często czujecie strach?

Mówią, że tylko ludzie niemądrzy się nie boją - ci nieświadomi zagrożeń, ignoranci. Każde działanie jest obarczone jakimś ryzykiem. Przypomnijmy sobie zdarzenia z cysternami z chlorem czy kilka lat temu, gdy wybuchła na torach inna cysterna. Wtedy nikt z nas nie ucierpiał. Teraz - chyba święty Florian na chwilę się zagapił.

Święty Florian nachwilę się zagapił
Bez zgody strażaków i kontroli. W magazynie przy ulicy Dojnowskiej były składowane sztuczne kwiaty, opony i inne łatwopalne substancje. Jak mówi komendant Leszek Suski, budynek nie spełniał wymagań magazynowych, a straż pożarna nigdy go nie kontrolowała. Formalnie był wyłączony z użytkowania, gdyż znajdował się w gestii syndyka.

Główną nieprawidłowością był właśnie podwieszany, łatwopalny sufit, który załamał się pod strażakami. Teraz badane są okoliczności powstania pożaru. Komendant główny powołał specjalną komisję, sprawę wyjaśnia też białostocka prokuratura okręgowa.

Działania zakończono 26 minut po północy, 26 maja. W akcji uczestniczyło ponad 100 strażaków i 31 pojazdów ratowniczych.

Agata Sawczenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.