Stefan Nikiciuk: Nie byłem tajnym współpracownikiem

Czytaj dalej
Fot. Tomasz Mikulicz
Tomasz Mikulicz

Stefan Nikiciuk: Nie byłem tajnym współpracownikiem

Tomasz Mikulicz

Miejski radny Forum Mniejszości Podlasia Stefan Nikiciuk miał być w latach 80. tajnym współpracownikiem bezpieki. Tak wynika z dokumentów IPN. Mówi, że to nieprawda. Przyznaje jednak, że służby się nim interesowały.

W zapiskach, jakie zachowały się w Instytucie Pamięci Narodowej przeczytałem, że w 1976 roku zatrzymano Pana na granicy, bo próbował Pan wwieźć do Polski - z podróży do Rumunii , Jugosławii i Turcji - wiertarkę. Dziś wydaje się to błahe, ale za PRL-u takim nie było.

Takie były czasy. Wiadomo, że ludzie jeździli za granicę. Ja również. Oczywiście nie w celach turystycznych, ale jak się wtedy mówiło - na handel. Gdy np. jechało się do Związku Radzieckiego, brało się ze sobą torby plastikowe, najlepiej z roznegliżowanymi paniami, bo było ich bardzo mało. U nas taka reklamówka kosztowała złotówkę, a w ZSRR - cztery ruble.

A propos dewiz. W 1980 roku wybrał się Pan do Austrii. Wyjechał Pan z 400 markami w kieszeni, a wrócił z 3040. Tłumaczył się Pan, że te pieniądze dostał od przyjaciół. Historycy przekonują, że w wielu przypadkach właśnie po zatrzymaniu na granicy następował pierwszy kontakt z bezpieką. Proponowali współpracę, zapowiadali nagrodę itd.

Na pewno nie w moim przypadku. Nie zaprzeczam. Jeździłem za granicę, by dorobić. Nie byłem jednak tajnym współpracownikiem.

Według prof. Joanny Sadowskiej zdarzały się sytuacje, że funkcjonariusze zakładali podsłuchy bez zgody i wiedzy swoich przełożonych. Informacje, które w ten sposób uzyskiwali fałszywie przypisywali tajnym współpracownikom, którzy nawet nimi nie byli.

Mogło tak być. Najbardziej niepokoi mnie to, że nie będąc tajnym współpracownikiem dostałem nawet pseudonim.

W materiałach IPN jest donos na Pana napisany przez TW „Zodiaka”. Uczestniczył Pan w posiedzeniu wojewódzkiej rady Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Rozmawiano nad usprawnieniem pracy i zastanawiano się nad podziękowaniem jednej z pracownic. Bo miała dwójkę dzieci i poświęcała pracy coraz mniej czasu. Wziął Pan koleżankę w obronę.

Pamiętam to. Pracowała w sekretariacie. Uważałem, że należy jej pomagać, a nie pozbywać się.

Tak się złożyło, że w zebraniu nie uczestniczył przewodniczący PRON-u. Ostro Pan go zaatakował twierdząc, że w pracy był chaotyczny i podejmował nieprzemyślane decyzje.

Nie powiedziałem tego na zasadzie złośliwości, ale po to, by faktycznie usprawnić pracę. Widziałem, że zebraniu przysłuchiwał się jakiś nieznajomy, ale uznałem, że muszę powiedzieć, co mi leży na sercu. Po fakcie zastanawiałem się, kto to mógł być. Przez myśl przeszło mi, że może to być człowiek ze Służby Bezpieczeństwa. Może zainteresował się mną, bo działałem w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym? Pomyślał, że skoro przynależę do jednej z partii satelickich PZPR-u to jestem skłonny do donoszenia?

Zgodnie z dokumentami z IPN , tym nieznajomym był właśnie TW „Zodiak” . Może później Pana szantażował? Że jak odmówi Pan współpracy to powie wszystko nieobecnemu na zebraniu przewodniczącemu PRON-u?

Nic takiego nie miało miejsca. Nikt ani wcześniej, ani później się ze mną nie kontaktował i nic nie proponował.

A jak się Pan znalazł w ZSL-u?

Urodziłem się na wsi. Po skończeniu technikum rolniczego poszedłem do studium nauczycielskiego na kierunek rolniczy. Wtedy wstąpiłem do ZSL-u. Dostałem nakaz pracy w szkole w Trześciance. Uczyłem wychowania fizycznego. Jako działacz sportowy byłem też członkiem Związku Młodzieży Wiejskiej. Oceniono mnie na tyle dobrze, że wysłano do władz powiatu białostockiego ZMW. Natomiast w ZSL awansowałem na prezesa miejskiego komitetu partii. W międzyczasie skończyłem Akademię Wychowania Fizycznego i zacząłem pracować w Ludowym Zespole Sportowym jako etatowy wiceprzewodniczący. Potem wzięto mnie do Warszawy na sekretarza rady głównej LZS-u. Miałem dostać mieszkanie, ale się go nie doczekałem więc wróciłem do Białegostoku. Stanowisko wiceprzewodniczącego LZS-u było zajęte. Uznano więc, że powinienem pójść do PRON-u. Tak też się stało. Po 2-3 latach wróciłem jednak do LZS-u. Lata 80. już się kończyły.

Dziesięć lat temu złożył Pan oświadczenie lustracyjne. Wpisał Pan, że nie miał nic wspólnego z bezpieką. IPN podczas weryfikacji prawdziwości oświadczania natrafił na informację, że w latach 1984-89 był Pan zarejestrowany najpierw jako kandydat, a później tajny współpracownik. Nadano Panu pseudonim „Andrzej”. IPN zaprosił Pana do złożenia wyjaśnień. Nie skorzystał Pan z tej szansy. Dlaczego?

Zaproszenie było niezobowiązujące. Nie miałem obowiązku z niego skorzystać.

Miał Pan założoną teczkę pracy i teczkę personalną. Z historii wiemy, że zazwyczaj znajdowały się w nich donosy, pokwitowania odbioru pieniędzy przez tajnych współpracowników. Zachował się zapis, że Pańskie teczki zostały zniszczone. Jednak już sam możliwość ich istnienia rodzi podejrzenia.

Jeszcze raz powtórzę. Nie byłem tajnym współpracownikiem, moje oświadczenie lustracyjne jest prawdziwe.

Tomasz Mikulicz

Zajmuję się sprawami miejskimi, czyli m.in.: białostocką i podlaską polityką samorządową, architekturą, urbanistyką i ochroną zabytków. Opisuję też obrady rady miasta oraz zajmuję się też różnego rodzaju interwencjami zgłaszanymi przez mieszkańców. Zajmuje mnie również pisanie też o historii Białegostoku i najbliższych okolic. Zdarza mi się też zajmować działką kulturalną. Lubię wszak rozmowy z ciekawymi i inspirującymi ludźmi. W swojej pracy zwracam uwagę na szczegóły. Bo jak wiadomo diabeł tkwi właśnie w szczegółach.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.