Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego

Strajk karciarzy i striptiz. Od Luxu do restauracji Grodno

Sala restauracji Grodno w 1974 roku. Z kroniki przechowywanej w archiwum baru Grodno. Sala restauracji Grodno w 1974 roku. Z kroniki przechowywanej w archiwum baru Grodno.
Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego

Wieczorem, 1 stycznia 1986 roku wypełniona sala restauracji Grodno zamarła w oczekiwaniu. Oto po kilku długich latach przerwy rodzima gastronomia znowu zaserwowała białostoczanom striptiz.

W przedwojennym Białymstoku idąc od strony rynku ulicą Sienkiewicza, przechodziło się drewnianym mostem nad Białą i zaraz za nim, po prawej stronie, rozpoczynała się, wiodąca wzdłuż rzeki, ulica Nadrzeczna. Można było dojść nią do ulicy Kościelnej. Przy Sienkiewicza zaś w kierunku ulicy Warszawskiej stały w zwartej pierzei solidne kamienice. Każdy białostoczanin znał ten fragment miasta ot choćby z racji apteki braci Kuryckich, która znajdowała się na parterze kamienicy pod numerem 34. Po 1944 r. widok ten był już tylko wspomnieniem. Z wojennej pożogi ocalały zaledwie nieliczne budynki. Reszta, podobnie jak całe śródmieście, legła w gruzach.

W następnych latach Białystok budował się od nowa. O ulicy Nadrzecznej, która znikła z miejskiego krajobrazu nikt nawet nie myślał. Przecież po przeciwległej stronie Białej planowano budowę białostockiej trasy W-Z, czyli Aleję 1 Maja, obecnie Piłsudskiego. Nieistniejącą pierzeję ulicy Sienkiewicza w połowie lat pięćdziesiątych XX w. zastąpił jeden ogromny budynek mieszkalny przy Sienkiewicza 28. Utrzymany w spokojnym socrealizmie przez wiele lat był największą białostocką sypialnią. W 1957 r. na parterze tego molocha otwarta została restauracja Lux. Z miejsca okrzyknięto ją najelegantszym lokalem w mieście. Władze, które zatwierdzały przecież wszystko, nie zdawały chyba sobie sprawy, że prawie w tym samym miejscu, przed wojną, czyli za zwalczanej przez PRL sanacji, był też Lux, tyle że pod adresem Sienkiewicza 38.

Tę sanacyjną cukiernię Lux otwarto na początku 1927 r. Urządzona była, jak zauważano, „na modłę europejską”. Zauważano też, że atutem nowego lokalu były nader przystojne kelnerki. Lux z miejsca zyskał sympatię białostoczan. Wieczorami wszystkie stoliki były zajęte. To tu odbywały się „randes-vous miejscowej inteligencji”. W cukierni oprócz sali, w której popijając aromatyczną kawę raczono się miejscowymi ploteczkami, były oddzielne sale do tańca i do gry w karty. Tą ostatnią szczególnie upodobała sobie miejscowa złota młodzież. Trudno było w niej znaleźć wolne miejsce. Grano głównie w bridża, ale nie stroniono od pokera, a amatorzy adrenaliny zgrywali się w popularne oczko.

I oto nagle, w pewien sobotni wieczór, tuż po sylwestrze 1936 r. gdy w sali byli już wszyscy gracze, to zamiast siąść do tasowania krat, rozpoczęto wiec. Wkrótce okazało się, że było tylu chętnych do wiecowania, że całe towarzystwo musiało przejść do większej sali tańców. Tu jeden z mówców podniesionym głosem perorował, że przez Białystok przelewa się fala strajków wobec której nie można być obojętnym. Inni karciarze zauważyli też, że horrendalnie wzrosły ostatnio koszty utrzymania. W ustach złotej młodzieży ten argument miał swoją siłę. Kolejny mówca podniecał słuchaczy krzycząc, że gdy robotnicy żądali wzrostu płac, domagali się obniżek cen chleba, cukru, soli, węgla, to nikt wówczas nie upomniał się o obniżkę opłat za grę w karty w Luxie!

Manifestanci ochoczo spisali swe postulaty i przedstawili je kierownictwu lokalu, a następnie proklamowano strajk. Polegał on na tym, że przy stolikach siedzieli brydżyści, pokerzyści i oczkowcy, ale „bezczynnie z założonymi rękami nie opuszczając warsztatów pracy” i cierpliwie czekali na decyzję kierownictwa Luxu. Co było robić? Sala zarabiała na siebie przecież tylko wtedy, gdy w niej grano. Opłaty obniżono.

Czy w 1957 r. ktoś jeszcze pamiętał to niezwykłe wydarzenie? Wątpliwe. Za to przez całe lata już w tym socjalistycznym Luxie odbywały się jedne z najhuczniejszych sylwestrów. Przez cały rok popularnością cieszyły się wieczorne dancingi. Tak było do listopada 1974 r. Zbliżała się rocznica wybuchu Rewolucji Październikowej. Zgodnie z obowiązującymi rytuałami oprócz akademii, wizyt i innych oficjałek starano się też zorganizować coś extra. To extra wynikało ze skrywanej świadomości, że przeciętny Kowalski o bolszewickiej rewolucji długo nie rozmyśla. Tak więc w przeddzień Wielkiego Października, który wypadał w listopadzie informowano, że „w ramach wymiany fachowców przebywała ostatnio w Grodnie 6- osobowa grupa pracowników Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Gastronomicznego. Białostoccy gastronomicy przekazywali swe doświadczenie zawodowe personelowi restauracji Białystok, którą otwarto 3 listopada. Jednocześnie białostoccy kelnerzy i kucharze zdobywają umiejętności przygotowywania i serwowania dań kuchni białoruskiej. Nabytą wiedzę będą mogli wykorzystać podczas pracy w Białymstoku, gdzie już dziś [5 listopada 1974 r. A.L.] od godz. 20 - rozpocznie działalność restauracja w stylu białoruskim - Grodno (dawny Lux)”. Oczywistym było, że w ten wtorkowy wieczór w restauracji Grodno amatorami białoruskich specjałów byli wyłącznie oficjele, zarówno z Grodna jak i Białegostoku. Goście z zadowoleniem ocenili poziom lokalu. Szczególnie przypadł im do gustu wystrój sali autorstwa grodzieńskiego architekta Kamila Asadowa, który ozdobił ściany dużymi płaskorzeźbami w drewnie symbolizującymi powstanie grodu nad Niemnem. Po zwiedzaniu nastąpiła część artystyczna w wykonaniu zespołu wokalno - muzycznego działającego przy Białoruskim Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym. Kierownictwo lokalu zapowiadało, że „podobne występy popularyzujące białoruską piosenkę i humor odbywać się będą w Grodnie co tydzień”. Po części artystycznej było już konkretnie - degustacja. Na początku podano sałatkę Lubitielskij. Sadząc z nazwy może była z lubczykiem? Po sałatce serwowano wereszczakę znaną już w staropolskiej kuchni, a w grodzieńskiej wersji była to zupa na chlebowym zakwasie z warzywami i słoniną. Danie główne było do wyboru: wieprzowina duszona po borysowsku lub sznycel Neptun (sic!). Do mięsa podane zostały pampuszki ziemniaczane. Na deser była kułaga, czyli kasza gryczana z borówkami doprawiana miodem.

Ponownie na pierwsze strony lokalnych gazet restauracja trafiła w karnawale 1986 r. Tym razem jednak nie za sprawą specjałów kuchni białoruskiej. Ci, którzy pamiętali, że 12 lat wcześniej restaurację otwierano w rocznicę Wielkiego Października przecierali oczy ze zdumienia. Hitem Grodna stał się striptiz. Redaktor Kuriera Podlaskiego pisał, że 1 stycznia 1986 roku „tuż przed godziną 22 wypełniona sala restauracji Grodno zamarła w milczeniu. Oto po kilku długich latach przerwy znowu rodzima gastronomia zaserwowała białostoczanom striptiz”.

Te lata przerwy to wspomnienie 1979 r., gdy po raz pierwszy w powojennym Białymstoku w popularnych restauracjach Danusia i Romantyczna kobiece wdzięki były bodaj ważniejsze od menu. Sprawozdawca prasowy dokładnie relacjonował ten historyczny powrót striptizu. Po zakończeniu występów zespołu muzycznego, który grał do tańca, choć nikt nie tańczył w obawie, że mu umknie najważniejszy punkt programu: „Wreszcie jest. Olivia. Smukła panienka ubrana w zwiewne tiule(…) W takt muzyki powoli i z gracją poczęła zrzucać z siebie i tak skąpy przyodziewek”. Żurnalista , widać obznajomiony z damską konfekcją, z troską zauważył, że nie wie „kto był producentem biustonosza, ale oczywiście najwięcej kłopotu sprawiło jego zapięcie”. Gdy wreszcie zostało pokonane, „brawom nie było końca”.

Publiczność była zachwycona, ale był jeden szkopuł. Artyści wraz ze smukłą Olivią przyjechali do Białegostoku jedynie na gościnny występ z Warszawy.

Tak więc następnego dnia znów zamiast zrzucanych tiuli były pampuszki w panierce. Kierownictwo restauracji postanowiło działać. Po striptizie oczekiwano frekwencyjno-gastronomicznego sukcesu. Zaangażowano więc miejscową artystkę. Podsumowując jej pierwsze występy kierownictwo lokalu stwierdzało, że Grodno ma już europejski sznyt, a będzie jeszcze lepiej, bo artystka ma duży talent do rozbierania się, i co najważniejsze, cały czas się rozwija. Dostrzegano tylko jeden problem. Striptizerka przed każdym występem twierdziła, że bardzo się wstydzi. Zapowiadano jednak, że jak pokona to przeszkadzające w tym zawodzie uczucie, wówczas zaprezentuje cały swój talent.

Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.