Ola Szatan

Sylwia Chutnik: Kobiety są już zmęczone presją [ROZMOWA]

Sylwia Chutnik podczas tegorocznego OFF Festivalu w Katowicach. Po raz kolejny pełniła rolę kuratorki Kawiarni Literackiej. Fot. Marzena Bugała-Azarko Sylwia Chutnik podczas tegorocznego OFF Festivalu w Katowicach. Po raz kolejny pełniła rolę kuratorki Kawiarni Literackiej.
Ola Szatan

Barwna, kontrowersyjna, lubi wkładać kij w mrowisko. Z pisarką i działaczką społeczną Sylwią Chutnik rozmawiamy na OFF Festivalu w Katowicach m.in. o tym, dlaczego slow life nie jest dla każdego i o tym, czego uczy się od kobiet w małych miasteczkach.

Rozmowa z Sylwią Chutnik

Lubi pani wbijać kij w mrowisko?

Tak. Jako felietonistka i publicystka zdecydowanie. Polemika to jest element mojej pracy. Ona jest trudna teraz, w dobie internetu, z różnymi komentarzami, które nie zawsze trzymają poziom. Zawsze byłam tą, która podnosiła rękę i pytała „dlaczego jest tak, a nie inaczej?”. Pomyślałam, że głównym motywem Kawiarni Literackiej na tegorocznym OFF Festivalu będzie dość infantylne zapytanie „a dlaczego?”. Osoby, które mają małe dzieci wiedzą, o co chodzi. To pytanie na pozór jest banalne i proste, a w gruncie rzeczy okazuje się często pytaniem ostatecznym, na które trudno znaleźć odpowiedź. Z tego względu, że proste rzeczy są najtrudniejsze.

Pod koniec lipca, w debiucie jako felietonistka papierowych „Wysokich Obcasów”, wzięła się pani za modny ostatnio model życia: „Już mnie jasny piorun strzela, kiedy widzę tysięczny post czy artykuł o slow life. Żeby żyć, »uważnie dbając o swoje potrzeby«, trzeba mieć (...) co jeść, gdzie spać i kogo przytulić”. Dlaczego?

Ja mam różne przemyślenia dotyczące klasy średniej. Sama w niej jestem, więc nie będę kalała własnego gniazda. Natomiast mam wieloletnie doświadczenie w pracy społecznej, znam osoby z różnych klas społecznych, z różnymi problemami i mam nadzieję, że nadal jest we mnie ta wrażliwość i próba odniesienia świata nie tylko do siebie. Nie patrzę na ludzi z perspektywy własnej, tylko bardziej ich. Próbuję odnaleźć ich potrzeby, zrozumieć. Jest wiele mód, które obserwujemy, nie krytykuję ich. Na przykład moda na weganizm. Sama jestem weganką, nie jem mięsa od 15. roku życia. Jednocześnie nie będę narzucała swojego poglądu i sposobu życia. Szczególnie tym osobom, które są biedne ekonomicznie, albo są w innej sytuacji niż ja. Ja mogę być dziwaczką, artystką, szaloną dziewczyną w wielkim mieście. O wiele trudniej jest w mniejszym mieście. Nie wiem, jakbym się zachowała, gdybym urodziła się w małej społeczności.

Skąd to przeświadczenie? Z pani częstych podróży jako pisarka?

Bardzo dużo jeżdżę ze spotkaniami autorskimi. To są głównie biblioteki lub domy kultury. Bywam tam, gdzie mogę dostać się pociągiem czy autobusami PKS, bo nie mam samochodu. To często małe miejscowości i dla mnie te spotkania są bardzo ciekawym doświadczeniem. Rozmowa z tymi osobami daje mi inną perspektywę. Taką, która nie jest egocentryczna. Gdybym siedziała tylko we własnej bańce, bańce slow life i całej reszty, absolutnie nie byłabym w stanie wymyślić sobie tego, co mają i jak żyją kobiety w mniejszych miastach.

„Nigdy nie radziłabym samotnej matce, która w pocie czoła próbuje ciągnąć życie, by medytowała albo nie używała chemii w domu” - napisała pani w tym felietonie. To efekt właśnie tych rozmów i dyskusji?

Widzę chęć podzielenia się swoim życiem i swoją historią. Ludzie zwracają się do mnie z różnymi pytaniami i tematami. Ale najczęściej przewija się przez nie takie przesłanie: „Jestem, jaka jestem, dajcie mi święty spokój”. Kobiety są zmęczone presją. Tym, że muszą być w pięciu rolach, supermamą, ekstrakochanką czy pracownicą miesiąca. A jednocześnie podróżującą, fotografującą się na tle palmy i realizującą swoje marzenia.

Idealną jak Ewa Chodakowska i Anna Lewandowska razem wzięte.

Oczywiście, totalnie fit! Przecież jak jesteś gruba, to twoja wina, bo o siebie nie dbasz. Znamy to. Tych rzeczy, które teraz musimy zrobić, jest tak dużo, że właściwie brakuje czasu, by zastanowić się, jaka naprawdę chcę być. Nie mówię tego z perspektywy niezależnej ekspertki, bo sama jestem w środku tego zamieszania. Notorycznie patrzę w lustro i mówię „ale gruba jestem”. A za chwilę przychodzi refleksja, że przecież jestem pisarką i mogę ważyć nawet 200 kilogramów. Co za różnica? Ale sama muszę doprowadzać siebie do pionu. Mogę mieć świadomość megafeministyczną, ale nie żyję na chmurce czy w domku na kurzej stópce, tylko w społeczeństwie. Wiem, co jest wartościowe teraz dla ludzi i próbuję się w tym odnaleźć, jednocześnie będąc sobą. Boleję nad tym, że dziewczyny coraz częściej myślą o tym, jak się pokazać na zdjęciach, a nie myślą o tym, by na przykład zrobić doktorat. Próbujemy balansować między jednym a drugim. Ja zrobiłam doktorat, by poczuć się jak osoba, która nawet jeśli będzie miała różowe włosy i będzie cała w dziarach, to ma papier. I wie, o czym mówi.

To pani czas?

Skończyłam 40 lat i pokazałam już ludziom, na co mnie stać. Nie muszę niczego udowadniać, to jest mój czas. Zrobiłam już dużo, ale chcę zrobić jeszcze więcej. Nie chodzi o to, by jechać po bandzie, być agresywną czy wulgarną. Chodzi o ekspresję własnych poglądów. Nie jestem jak zupa pomidorowa, która musi wszystkim smakować. Jestem osobą bardzo wyrazistą, zawsze taka byłam i konsekwencje tego są różne. Ale jestem też otwarta w pracy z ludźmi. I często te kontrowersyjne dla wielu osób moje felietony są zaproszeniem do dyskusji.

„Dziękuję za ten głos rozsądku”, „Czas odczarować niektóre ideologie, bo mnożą się jak grzyby po deszczu i coraz trudniej zgadnąć, z jakiej rzeczywistości wyrastają”, „Nareszcie kilka słów prawdy, zamiast bajdurzenia o tym, co jeszcze możesz zrobić dla siebie, podczas kiedy nie masz czasu zrobić sobie zwykłej herbaty” - to zaledwie cząstka komentarzy, jakie pojawiły się na pod felietonem o slow life.

Dostałam mnóstwo historii. Przykład? Mama trójki dzieci, która ma męża ze stwardnieniem rozsianym. Jak znów ktoś napisze w gazecie dla kobiet, że ma coś jeszcze zrobić, to zaprasza do siebie. Serio, nie chcemy zajmować się pięćdziesiątą ósmą rzeczą, bo już jesteśmy zarobione po kokardę. Takich wiadomości było wiele.

Wiele osób stało się swego rodzaju zakładnikami mediów społecznościowych, chociażby Instagrama, z którego masowo wylewają się piękne, wyretuszowane i przefiltrowane zdjęcia. Ale gdy wyjdzie się z tej, często kreowanej, innej rzeczywistości, dopada szara codzienność.

Tak jest. Ja korzystam z mediów społecznościo-wych, bo to jest jeden z elementów kontaktu z czytelniczkami i czytelnikami. Sama bardzo sobie to chwalę, bo mam mnóstwo nowych znajomości, poznałam wiele wspaniałych osób, toczę nieustanne korespondencje. Natomiast jest to w jakiś sposób uzależniające. Wpuszczając zdjęcie czy jakiś komentarz do sieci, często sprawdza się, jakie interakcje to wywołało, ile udostępnień, dlaczego tak mało polubień? Podczas gdy rzeczywistość jest zupełnie inna. Czasami w mediach społecznościowych przekuwam ten balon. I pokazuję prawdę - choć to pojęcie względne i dla każdego może oznaczać coś innego, która nie jest retuszowana, na sprzedaż. Ja jestem osobą publiczną. To, że na festiwalu potargam sobie włosy, rozmażę się i ktoś zrobi mi zdjęcie, nie jest problemem. Taka właśnie jestem. Wyszłam z Kawiarni Literackiej, stoję z panią w krzakach, bo tu mamy w miarę spokojną przestrzeń, by porozmawiać, a jeszcze przed chwilą pogowałam na koncercie. Oczywiście, że chciałabym, aby moje zdjęcia wyglądały jak wymalowanej supermodelki, ale tak nie jest. Mogę to przyjąć lub się tym stresować. Wybieram pierwszy wariant. Także z tego względu, że mam specyficzną funkcję społeczną. Jestem pisarką, aktywistką. Bardzo blisko ludzi na bardzo różnych poziomach. Nie jestem panią z telewizji.

Literatura ma w życiu Sylwii Chutnik godnego konkurenta w postaci muzyki? Kolejny raz pojawiła się pani na OFF Festivalu w Katowicach jako kurator Kawiarni Literackiej.

Z muzyką od początku jestem bardzo związana, bo mój tata jest muzykiem. Od 15. roku życia chodzę na koncerty, głównie punkowe, alternatywne, ale też rockowe. Z biegiem lat jestem coraz bardziej otwarta gatunkowo. Zaliczam większość festiwali muzycznych w Polsce, zaś na OFF Festival jeżdżę chyba od 7-8 lat. Wydaje mi się, że muzyka i literatura mają ze sobą wiele wspólnego. I nie chodzi tylko o teksty piosenek, ale również o pewnego rodzaju interdyscyplinarność. Lubię, jak ludzie nie zawężają swojej wyobraźni tylko do jednej szufladki. Czyli albo literatura, albo teatr czy kino. Wolę, jak szperają w tych możliwościach, aby zbierać inspiracje. Dla mnie ważne jest to, że kiedy idę do galerii, to chcę zobaczyć obraz, który sprawi, że wyobraźnia zaczyna działać. Wtedy piszę opowiadania lub felietony. Te różne dziedziny kultury wpływają na mnie, jako pisarkę. Kawiarnia Literacka na OFF Festivalu jest prawie od początku. Ludzie idą trochę na koncert, trochę na nasz panel. Ważne, by nie zamykać się w tym, co jest nam znane.

By wyjść ze swojej strefy komfortu?

Ja często eksploruję gatunki muzyczne czy literackie, o które bym siebie nie posądzała. I nagle niespodzianka, okazuje się, że coś zaczyna mi się podobać. Albo wręcz przeciwnie, ale zostaje mi w pamięci, dając pretekst do kolejnych dyskusji. To bardzo rozwijające intelektualnie.

Sylwia Chutnik

Urodzona w 1979 roku w Warszawie. Doktor nauk humanistycznych. Z wykształcenia kulturoznawczyni, absolwentka Gender Studies na UW. Pisarka, publicystka, działaczka społeczna i promotorka czytelnictwa.

Ola Szatan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.