Szpital Wojewódzki. Pogonili chorą po baterię do holtera

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Zgiet
Agata Sawczenko

Szpital Wojewódzki. Pogonili chorą po baterię do holtera

Agata Sawczenko

Pani Helena choruje na serce. Lekarz w szpitalu wojewódzkim zdecydował, że trzeba monitorować jego pracę za pomocą holtera. Zamiast urządzenia pacjentka o kulach dostała zadanie...

Wszyscy, z którymi o tej sprawie rozmawiamy, mówią najpierw: Niewiarygodne. Bo i sprawa jest bulwersująca. Starszą, schorowaną kobietę o kulach pracownicy szpitala pogonili po baterie. A ona ich tak szukała, że zasłabła...

- To niedopuszczalne! - mówi Zbigniew Dudko, prezes stowarzyszenia pacjentów Primum Non Nocere.

- Pacjenta nie powinny interesować baterie - nie ma wątpliwości kardiolog, Bogusław Poniatowski.

- Dla mnie jest to niezrozumiała sytuacja. Takie zachowanie jest nie w porządku, szczególnie wobec niepełnosprawnego - dodaje Adam Kujawa, pełnomocnik prezydenta Białegostoku ds. osób niepełnosprawnych. Zastrzega, że nie zna zasad obowiązujących w szpitalu.

A te „zasady” opisuje nasz Czytelnik Wiesław Kondrusik. W czwartek przywiózł do przychodni szpitala wojewódzkiego w Białymstoku teściową. - Umówiliśmy się, że też pójdę do lekarza, a później po nią zajadę - opowiada.

Kardiolog w przychodni uznała, że Helena Gierasimczuk potrzebuje holtera. To urządzenie, które monitoruje pracę serca przez całą dobę. Zakłada się je po drugiej stronie ulicy Skłodowskiej. Pani Helena, wzięła kulę i przeszła przejściem podziemnym.

- Pani doktor zadzwoniła jeszcze do tego gabinetu i powiedziała, że to pilne badanie. Poprosiła, żeby przyjęto mnie bez kolejki - opowiada pani Helena. Ale, gdy dotarła na miejsce, jeszcze w drzwiach usłyszała: - A baterie pani ma?

Oczywiście - nie miała. Kazano jej szukać. W szpitalnym kiosku nie było. Pacjentka wyszła więc z budynku. Zobaczyła kiosk naprzeciwko szpitala - ale po drugiej stronie ulicy. A do przejścia dla pieszych - kawał drogi. Doszła w końcu do kiosku. A sprzedawczyni pyta: - Jakie baterie pani chce?

Zdenerwowała się. Nie dała już rady iść. Zasłabła. Na szczęście pomógł jej przechodzeń.

- No i dzwoni do mnie, holtera nie założyli, bo nie ma baterii - opowiada zięć. Zdenerwowany jest jeszcze w piątek, kiedy przywiózł teściową na zdjęcie aparatu. W końcu go dostała, bo on dowiózł baterie. - Straszne, jak ludzi w konia robią. Zwłaszcza serce się kraje, jeżeli dotyczy to kogoś starszego i schorowanego - denerwuje się pan Wiesław.

- Oczywiście jest nam z tego powodu przykro. Uczuliłem już personel, żeby więcej podobna sytuacja nie miała miejsca - mówi z kolei dyrektor szpitala Cezary Nowosielski. I deklaruje, że placówka zapewnia baterie do holterów. Ale zaraz uzupełnia, że szpital kupuje je w przetargu, gdzie głównym kryterium jest cena. I dlatego czasem zdarza się, że są one... kiepskiej jakości.

- I wtedy nie wytrzymują do końca badania. Dlatego pacjenci byli ostatnio uczulani, żeby zawsze mieć w zapasie swoje baterie w razie, gdyby holter się wyłączył - dodaje. Tłumaczy, że to po to, by mogli być przeszkoleni przez personel, jak je wymienić. - To ważne, bo jeśli holter wyłączy się w czasie badania, to trzeba je powtarzać od początku - mówi.

Zbigniew Dudko z Primum Non Nocere łapie się za głowę gdy opowiadamy mu o sprawie. Bo - jak podkreśla - po pierwsze, pacjent nie ma prawa ingerować w holter. A po drugie - osoba wydająca go musi być pewna, że to urządzenie sprawne i będzie działać przez 24 godziny. - Przecież Śniadecja ma podpisany kontrakt na badanie holterem. Bierze więc za to pieniądze z NFZ - podkreśla Dudko. - Wysyłanie po baterie do kiosku to jest albo wymysł, albo ponury żart. Ale na pewno nie na miejscu - dodaje.

Agata Sawczenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.