Truskolaski, Kosicki, a może ktoś trzeci. Kto następnym prezydentem Białegostoku? Podlaski krajobraz po wyborach do Sejmu i Senatu

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz/Archiwum
Tomasz Maleta

Truskolaski, Kosicki, a może ktoś trzeci. Kto następnym prezydentem Białegostoku? Podlaski krajobraz po wyborach do Sejmu i Senatu

Tomasz Maleta

Analizując wyniki wyborów parlamentarnych w Podlaskiem można wskazać bezapelacyjnego zwycięzcę – frekwencję. Z subiektywnego punktu widzenia każda ze stron, poza Nową Lewicą, może ogłosić, że nic nie straciła. O wiele ważniejsza jest jednak prognoza na przyszłoroczne wybory samorządowe, a szczególnie prezydenckie w Białymstoku

[spis_tresci][/spis_tresci]
Z perspektywy chronologii wyborczej głosowanie z 15 października było wyjątkowe. W ostatnich latach bowiem to wybory samorządowe odbywały się rok przed parlamentarnymi. Szczególnie te do sejmiku traktowano jak test przed elekcją ogólnokrajową. Tak było w 2010, w 2014 i w 2018 roku. Tyle że kilka miesięcy przed tymi ostatnimi większość sejmowa PiS przeforsowała pomysł pięcioletniej kadencji samorządowej. To oznaczało, że w 2023 roku wybory samorządowe zbiegną się z parlamentarnymi, więc – aby uniknąć kolizji kampanijnej – ponownie sejmowa większość spod szyldu PiS przeforsowała w ostatnim roku wydłużenie kadencji samorządów. Tym razem o pół roku. Tym samym wybory municypalne wracają do swojego naturalnego, wiosennego terminu. Przypomnijmy, że tak wybierano radnych gmin w 1990 i 1994 r.

By prognozować wpływ wyników głosowania z 15 października 2023 r. na przyszłoroczną elekcję samorządową, potrzebny jest punkt odniesienia oceniający same wybory parlamentarne. Tym obiektywnym, wynikającym z logiki demokracji, jest poprzednie głosowanie, z 2019 roku.

PiS pierwszy, ale nie bez strat

258 277 głosów oddali mieszkańcy okręgu obejmującego woj. podlaskie na PiS. To 42,3 proc. wszystkich oddanych tu głosów. Siedem mandatów sejmowych, dwa mandaty senatorskie – to uzysk podlaskiej listy PiS w niedzielę 15 października 2023 roku. Z tego punktu widzenia trudno odmówić racji politykom tej partii, że to ona cieszy się największym poparciem w regionie i jest zwycięzcą tegorocznych wyborów. Tyle, że w porównaniu do tych sprzed czterech lat, oznacza to regres.

W 2019 roku bowiem PiS w Podlaskiem potwierdził pozycję hegemona (co zwiastowała już zresztą elekcja samorządowa w 2018 roku). Poparło go wówczas 270 tys. wyborców, zdobył osiem mandatów poselskich i utrzymał trzy senackie. To ostatnie zwycięstwo do samego końca nie było oczywiste, bo w okręgu nr 60, obejmującym Białystok, powiat białostocki i sokólski, ówczesny senator Jan Dobrzyński wystartował niejako w kontrze do własnego środowiska PiS, którego kandydatem był białostocki radny Mariusz Gromko. I to ten ostatni zdobył mandat mierząc się zarówno z dawnym partyjnym kolegą, jak i z wspólnym kandydatem opozycji Zbigniewem Nikitorowiczem. Nie był jednak w stanie powtórzyć tego sukcesu w ostatnią niedzielę i uległ kandydatowi Paktu Senackiego Maciejowi Żywnie (Trzecia Droga).

Utratę mandatu senackiego (po raz pierwszy od 2011 roku, w którym podlaska PO uzyskała najlepszy sejmowy wynik w swojej historii i z jej ramienia senatorem został Tadeusz Arłukowicz) trudno zatem uznać za przejaw wygranej. Oczywiście można powiedzieć, że Maciej Żywno to inna waga niż Zbigniew Nikitorowicz, że Trzecia Droga, a tym samym Polska 2050, miała tzw. wzięcie, że z punktu widzenia wysokiej frekwencji wybory miały w sobie coś z plebiscytu.

Sęk w tym, że w 2007 roku, gdy wybory też w gruncie rzeczy miały charakter plebiscytowy, podlaski PiS wychodził z nich z tarczą. Rzecz jasna, jeśli chodzi o Senat, to PiS – dopóki startował Włodzimierz Cimoszewicz – nie miał szans na trzeci mandat senatorski, a w 2011 roku na wysokie poparcie dla PO nałożył się słaby, bo koalicyjny kandydat PiS na senatora. Niemniej, jeśli chodzi o Sejm, to podlaski PiS od 2007 roku zdobywał coraz większą liczbę głosów i co najmniej 7 mandatów – w 2015 i 2019 było ich 8. Skoro więc teraz ma ich znowu tylko siedem i o 12 tys. głosów mniej niż w 2019 roku, to nie sposób uznać wyniku głosowania z 15 października za sukces.

Te częste odniesienia do 2007 roku nie są bez powodu. To wtedy posłami zostali Jacek Bogucki, Jarosław Zieliński i Kazimierz Gwiazdowski, którzy w minioną niedzielę ponownie zdobyli mandat. W 2011 r. zaś po raz pierwszy uzyskał go Dariusz Piontkowski, który na sejmowej liście zastąpił tragicznie zmarłego Krzysztofa Putrę.

Jeśli spojrzymy na listy PiS z 2007, 2011, 2015 i 2019 roku, to na pierwszy rzut oka bucha z nich niemal wojskowy dryl. Nie wspominając, że łaska wyborców w regionie zawsze sprzyjała PiS. Ponadto PiS potrafił tak kształtować listę wyborczą, by była ona reprezentatywna dla w miarę wszystkich powiatów i nie spowodowała rozproszenia głosów. Przede wszystkim zaś PiS wcześn iej radził sobie bez desantu spoza regionu (co prawda spadochroniarze lądowali na jedynkach do europarlamentu, ale porównanie tych wyborów do parlamentarnych nie do końca jest adekwatne).

W tym roku było inaczej. Efekt? 12 tys. głosów mniej niż cztery lata temu, utrata mandatu poselskiego (nie mówiąc o senatorskim), brak posła z Łomży. „Jedynka” na tegorocznej liście PiS Jacek Sasin dostał w naszym okręgu o cztery tysiące głosów mniej niż cztery lata temu ówczesna „jedynka” (Dariusz Piontkowski). Co więcej, Sasin w tym roku zdobył w Białymstoku mniej głosów (niespełna 13,5 tys.) niż trzeci na liście Adam Andruszkiewicz (ok. 14,5 tys.). A razem mają zaledwie o 3 tysiące więcej głosów niż Dariusz Piontkowski w 2019 roku (25 tys.). W tym roku wiceminister edukacji otrzymał w Białymstoku 10 tys. głosów, a w całym okręgu – ponad 22 tys. Jak przyznał w rozmowie z naszym dziennikarzem, osiągnął wynik lepszy niż miejsce na liście przydzielone mu przez władze partyjne. I podobnie jak cztery lata temu, jako jedyny zdobył mandat klasycznie białostocki, tzn. wywodzący się ze środowiska związanego przed laty ze śp. Krzysztofem Putrą. Choć w znacznie mniej sprzyjających obecnie wewnątrzpartyjnych uwarunkowaniach niż miało to miejsce w 2019 roku.

Zyski i straty opozycji

Jeśli chodzi o drugie miejsce pod względem liczby otrzymanych głosów w tegorocznych wyborach to przypadło ono Koalicji Obywatelskiej, w której prym wodzi Platforma Obywatelska pod wodzą Krzysztofa Truskolaskiego. On sam zdobył 57 tys. głosów. To o 20 tys. więcej niż w 2019 roku, ale wtedy startował z trzeciego miejsca zdobywając najlepszy wynik.

Cała lista KO w tym roku zebrała prawie 127 tys. głosów., czyli o 18 tys. więcej niż przed czteroma laty. Pozwoliło to jedynie na utrzymanie dotychczasowego status quo, czyli trzech mandatów. Oznacza to, że beneficjentem poruszenia frekwencyjnego w Podlaskiem została Trzecia Droga.

Tym samym rodzi się pytanie, co takiego musi się stać, by PO choć trochę zbliżyła się do swojego rekordowego osiągnięcia z 2011 roku, skoro nie jest w stanie tego uczynić wykorzystując bonus, jaki dawała większa frekwencja. Na pewno nie sprzyja temu fakt, że po dekadzie PO utraciła niezaprzeczalną wartość, jaką było sytuowanie się w roli instytucjonalnego mecenasa środowiska prawosławnego. Niewątpliwym jednak sukcesem jest uregionalnienie tych trzech zdobytych mandatów. Po czterech lata przerwy KO będzie miała posła z Suwałk (Jacek Niedźwiedzki) i po raz pierwszy z Łomży (Alicja Łepkowska-Gołaś). Przejęli oni mandaty zajmowane w kończącej się kadencji przez Eugeniusza Czykwina i Roberta Tyszkiewicza. To symboliczny koniec epoki, zwłaszcza w przypadku byłego lidera partii w regionie, który zasiadał w sejmowych ławach przez ostatnie 18 lat.

Prawidłowością stało się już, że jeśli dane ugrupowanie ma „branie” w kraju, to tak samo dzieje się w naszym regionie. Tak było z antysystemową Samoobroną, i tak było z równie antysystemowym ugrupowaniem Pawła Kukiza. Tak było z liberalnym Ruchem Palikota w 2011 r, i tak było z .Nowoczesną w 2015 (choć w jej przypadku mandat był ewidentnie pokłosiem nieprzekroczenia przez Lewicę koalicyjnego progu wyborczego). Podobnie jest teraz z Trzecią Drogą.

Po debacie telewizyjnej stało się jasne, że nie tylko przekroczy ona 8-procentowy próg koalicyjny, ale też uzyska znacznie lepszy wynik niż dawały jej sondaże. A ponieważ w okręgu nr 24 (Białystok) startował pochodzący z Białegostoku Szymon Hołownia, to nic dziwnego, że przełożyło się to na rewelacyjny wynik Trzeciej Drogi. Sam lider Polski 2050 uzyskał prawie 80 tys. głosów, a na listę zagłosowało 115 tys. osób. Efekt: trzy mandaty. Co więcej, swoim startem w rodzinnym mieście utorował on drogę PSL do zachowania mandatu poselskiego przez Stefana Krajewskiego. Plus do tego dochodzi jeszcze mandat senatorski Macieja Żywny.

Konfederacja zdobyła w Podlaskiem 60 tys. głosów, z czego 44 tys. przypadło na „jedynkę”. Tym samym Krzysztof Bosak przejął schedę po Robercie Winnickim. Konfederacja zdobyła u nas jeden mandat, choć oczekiwania były zapewne większe.

Bez mandatu musi się znowu (tak jak po wyborach z 2015 roku) obejść Nowa Lewica. Na listę przypadło 30 tys. głosów, z czego ponad 30 proc. zdobyła „jedynka” – Paweł Krutul. W tym przypadku można mówić o paradoksie – w kraju bowiem lewica ma szansę wrócić po latach do rządu, ale z Podlaskiego nikt w jej barwach w ławach sejmowych nie zasiądzie.

Z widokiem na wybory samorządowe

Czy zatem wyniki wyborów parlamentarnych mogą mieć (i jak bardzo) przełożenie na zbliżające się wybory samorządowe?

To, że wraz z kampanią wyborczą do sejmu równolegle trwała już kampania samorządowa, nie da się ukryć. Zwłaszcza w Białymstoku. Widać to było nie tylko po miejscach, w których zawisły banery, ale też po ilości billboardów i plakatów promujących poszczególnych kandydatów, którzy w gruncie rzeczy nie mieli żadnych szans na dostanie się do parlamentu. Natomiast ich start był doskonałą okazją do tego, by rozpoznać ich szanse w przyszłej elekcji samorządowej.

Jeśli chodzi o wybory do sejmiku, to – jak wskazuje niedzielne głosowanie - PiS ponownie będzie się cieszył największym poparciem i może mieć nadzieję na ponowną większość w samorządzie wojewódzkim. Tym bardziej, że niektórzy kandydaci w wyborach parlamentarnych, którzy nie zdobyli mandatu, w swoich środowiskach cieszyli się znacznym poparciem.
Istotne jednak będzie, ile mandatów PiS uzyska w okręgu obejmującym Białystok. W ostatnią niedzielę na jego listę w stolicy województwa podlaskiego zagłosowało prawie 52 tysiące osób (31 proc.). Na listę KO głos oddało 44,8 tys. (27,11 proc.), na Trzecią Drogę – prawie 37 tys. (22,3 proc.), na Konfederację – prawie 16 tys. (9,67 proc.), a na Nową Lewicę - niemal 11 tys. osób (6,61 proc). Nie sposób jednak zakładać, że wiosną 2024 roku powtórzy się taka sama frekwencja. Tym bardziej, że wybory samorządowe – wbrew logice – nie cieszą się zazwyczaj dużym zainteresowaniem. A przecież – w myśl zasady „koszula bliższa ciału” – powinno być odwrotnie.

Trudno też zakładać, by Trzecia Droga w tym samym kształcie wystartowała wiosną. PSL nie będzie miał żadnego interesu, by rywalizować w wyborach gminnych w Białymstoku (co najwyżej do sejmiku). Stąd na polu walki pozostanie Polska 2050. Nie należy też oczekiwać, by stworzyła ona koalicję wyborczą z KO. W końcu to ze struktur KO wiele osób przeszło do partii Szymona Hołowni. Poza tym na poletku samorządowym niektóre sprawy, jak plany miejscowe czy wycinka Lasu Solnickiego, mogą być nie do pogodzenia (pierwszy test widoków na przyszłą współpracę już w najbliższy poniedziałek, gdy na sesji rady miasta stanie obywatelska uchwała utworzenia Parku Kulturowego na Dojlidach). Nie wspominając o tym, że to na sejmowej liście Trzeciej Drogi znalazł się przedstawiciel Forum Mniejszości Podlasia (Aleksandrowi Wasylukowi niewiele zabrakło do zdobycia mandatu).

Trudno też oczekiwać, by zarówno Konfederacja, jak i Lewica nie wystartowały samodzielnie. Bez wątpienia takie rozdrobnienie będzie – jak pokazały wybory w 2014 roku – działać w tworzeniu sejmiku województwa podlaskiego na korzyść PiS. Ale czy podobnie stanie się w białostockiej radzie miasta? I kto zostanie prezydentem stolicy województwa podlaskiego?

Walka o fotel prezydenta

W tle oficjalnej kampanii parlamentarnej i nieformalnej samorządowej w ostatnim czasie toczyła się jeszcze jedna rywalizacja – o fotel prezydenta Białegostoku. Czasami była to walka bardziej polityczna, innym razem instytucjonalna. Rywalizacja między marszałkiem województwa Arturem Kosickim i prezydentem Białegostoku Tadeuszem Truskolaskim tak na dobrą sprawę zaczęła się jeszcze latem 2019 roku. Wraz z wybuchem pandemii z lekka przygasła, by ze zdwojoną siłą eksplodować w ostatnim roku. Panowie prześcigali się, który da większe nagrody sportowcom za sukcesy na arenie międzynarodowej, spierali o Jagiellonię, lotnisko, halę widowiskowo-sportową. Nie zabrakło nawet rywalizacji banerowej. Z jednej strony widzieliśmy plakaty „nie śpij, bo Cię przegłosują”, z drugiej namawiające do udziału w referendum.

Nie jest też tajemnicą, że ewentualny projekt startu marszałka Artura Kosickiego na prezydenta Białegostoku opierał się o ścisłe relacje z Jackiem Sasinem. Partyjnie to zrozumiałe. Minister aktywów państwowych jest opiekunem PiS w Podlaskiem, a Artur Kosicki – pełnomocnikiem PiS w okręgu białostockim. Nie dziwi więc tak duża aktywność marszałka w kampanii ministra. Sęk w tym, że po niezbyt przekonującym wyniku, jaki Sasin osiągnął w Białymstoku, ten układ nie daje już takich widoków na ewentualną prezydenturę Artura Kosickiego.

Zwłaszcza, że zapewne Tadeusz Truskolaski ponownie będzie się ubiegał o reelekcję. Kilka tygodni temu prezydent zapowiedział w Radio Białystok, że jeśli w kraju nadal będzie rządził PiS, to on na pewno nie będzie startował na prezydenta miasta, bo samorządu już nie będzie. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że w kraju będzie rządziła koalicja KO, Trzeciej Drogi i Lewicy. Prezydent nie musi już więc rozważać, czy dotrzymać słowa, ale nawet gdyby werdykt wyborczy 15 października był inny, to trudno byłoby oczekiwać, że Tadeusz Truskolaski odszedłby z samorządu. I nie tylko dlatego, że nie tak łatwo rezygnuje się z polityki, zwłaszcza po tylu latach. W przypadku prezydenta problemem jest dziedzictwo i sukcesja.

Trudno oczekiwać, by walkowerem oddał dorobek ostatnich 18 lat w Białymstoku. Zwłaszcza w ręce PiS. Sęk jednak w tym, że nie za bardzo ma komu przekazać władzę. Widać to było gołym okiem pięć lat temu, a po upływie tej kadencji, przedłużonej o pół roku, nic się nie zmieniło. Dlatego można zakładać, że wiosną 2024 prezydent Truskolaski będzie się ubiegać o kolejną kadencję, ostatnią możliwą według obowiązującego na dziś stanu prawnego.

Tyle, że być może będzie to najtrudniejszy start ze wszystkich dotychczasowych. Nie tyle ze względów na potencjalną konkurencję czy na ewentualne porozumienia koalicyjne. Wyrosło bowiem pokolenie, które nie pamięta innego prezydenta Białegostoku. Do urn wiosną przyszłego roku pójdą wyborcy urodzeniu w roku, w którym Tadeusz Truskolaski po raz pierwszy składał prezydenckie ślubowanie. 18 lat z widokami na kolejne sześć to już niemal ćwierćwiecze w dziejach miasta. Szmat czasu. Białystok sam z siebie może chcieć zmian.

Tomasz Maleta

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.