Węzeł gordyjski na placu miejskim

Czytaj dalej
Fot. Gazeta Białostocka
Andrzej Lechowski - dyrektor Muzeum Podlaskiego

Węzeł gordyjski na placu miejskim

Andrzej Lechowski - dyrektor Muzeum Podlaskiego

Wydaje się, że najczytelniejszy układ przestrzenny centrum miasta stworzył Jan Klemens Branicki. Wykorzystał naturalne wzniesienie, które zamykało perspektywę późniejszej ulicy Lipowej.

Inicjatorzy budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego w Białymstoku jako pierwszą jego lokalizację wskazali Plac Niepodległości. Wywołało to kontrę inicjatorów budowy pomnika Romana Dmowskiego, którzy upatrzyli sobie to miejsce już wcześniej i wcale nie uśmiechało im się ani ustępować placu, ani przyjmować sąsiada. I tak, jak to ostatnio często bywa, obydwie strony pochłonęła dysputa na tematy polityczno-ideologiczno-historyczne, a zabrakło w niej głosów o tym co zrobić, aby Plac zaczął przypominać plac.

Wystarczy krótki spacerek, aby stwierdzić, że w miejscu rozpoczynającym reprezentacyjną część Białegostoku, zdominowanym dodatkowo przez najwspanialszy zabytek naszej architektury, czyli kościół Świętego Rocha, mamy niegodny nawet nazwy, a co dopiero pomników, układ komunikacyjny poprzedzielany trawnikami, parkingami, przystankami i sygnalizatorami. Widok mało budujący. Żeby zrozumieć jak do tego doszło, sięgnijmy do historii.

Wydaje się, że najczytelniejszy układ przestrzenny stworzył Jan Klemens Branicki. Wykorzystał naturalne wzniesienie, które zamykało perspektywę późniejszej ulicy Lipowej. W 1758 roku na wzgórzu nakazał wznieść kaplicę Św. Rocha. W XIX wieku wokół wzgórza zaczęły powstawać fabryki, koszary, wytyczono nowy szlak komunikacyjny, czyli ulicę Dąbrowskiego. Wszystko to spowodowało duży chaos. W 1925 roku ksiądz Adam Abramowicz wystąpił z inicjatywą budowy nowej świątyni na wzgórzu.

O lokalizacji i znaczeniu w przestrzeni miasta kościoła Św. Rocha pisała Małgorzata Dolistowska w swojej świetnej książce „W poszukiwaniu tożsamości miasta”. Zwróciła uwagę, że nietypowa orientacja świątyni wynikała z koncepcji projektanta, Oskara Sosnowskiego, który wiązał bryłę kościoła Św. Rocha z innymi dominantami - białostocką farą, ratuszem, ale także z monumentalnym soborem wzniesionym na Placu Wyzwolenia. Formułując ten pogląd, autorka wytyczyła perspektywy widokowe opierając się na planie Białegostoku z 1937 roku. Małgorzata Dolistowska kończyła swój wywód stwierdzeniem, że „rozebranie gmachu cerkwi [czyli tej na Placu Wyzwolenia], powojenne przekształcenie w architekturze (…) oraz przemiany urbanistyczne sprawiły, że ten aspekt kościoła na wzgórzu, pierwotnie bardzo znaczący - obecnie przestał być czytelny i zrozumiały”.

No właśnie. Z tą nieczytelnością borykamy się do dziś. Po zakończeniu wojny problem utworzenia nowego ładu przestrzennego tej części miasta był oczywisty. Budując nowe centrum Białegostoku dochodzono z nowymi budynkami w stronę kościoła. W 1955 roku Miastoprojekt Białystok ogłosił konkurs na „rozwiązanie pod względem komunikacyjnym i plastycznym obszaru przylegającego do kościoła Św. Rocha”.

Przystępujących do konkursu architektów ograniczał jedynie układ ulic: Lipowej (wówczas Stalina), Św. Rocha (wówczas Manifestu Lipcowego) oraz uznanych za ruchliwe ulic Botanicznej i Artyleryjskiej. Poważnym ograniczeniem była też projektowana trasa W-Z, czyli Aleja 1 Maja (obecnie Józefa Piłsudskiego). To ona miała stać się głównym ciągiem komunikacyjnym miasta, odciążającym ulicę Lipową. Kościół Św. Rocha zgodnie z wytycznymi traktowany miał być jako jedyny powód stworzenia placu.

Do konkursu zgłosiły się 4 zespoły, które przygotowały 5 prac. Omawiający je, główny architekt Miastoprojektu, późniejszy pierwszy prezes białostockiego Stowarzyszenia Architektów RP, inżynier architekt Walerian Bielecki z wielką skrupulatnością rozważał ilość kondygnacji projektowanych budynków. Interpretował pierwotne założenia profesora Oskara Sosnowskiego. Zauważał, że „z okazji omawianego zagadnienia wypada tu zwrócić uwagę na pewne analogie z Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie, który również wywołał potrzebę powiązania swojej bryły z sylwetą starej Warszawy przy pomocy wieżowców”. Słusznie zauważał, że należy zastanowić się „nad programem projektowanej zabudowy: czy należy w budynkach tych lokalizować biura (…) czy też zapełnić je całkowicie treścią mieszkaniową”. Postulował „zlokalizowanie tu kawiarni, z zapewnieniem wizualnego kontaktu z zielenią i architekturą kościoła”. Mylił się jednak pisząc, że „mocne zastrzeżenia budzi pomieszczenie nad wejściem [na wały okalające kościół - A.L.] kolosalnych figur: postaci Chrystusa i owiec, niezharmonizowanych z całością koncepcji architektonicznej kościoła i wywołujących dość dziwne wrażenie swoją skalą w bliskim z nimi kontakcie z poziomu dziedzińca”.

Dziś rzeźba Stanisława Horno-Popławskiego, przedstawiająca Chrystusa Dobrego Pasterza nierozerwalnie związana jest z miejskim krajobrazem. Tymczasem na realizację nowego kształtu przestrzeni przed kościołem trzeba było jeszcze długo czekać. W 1955 roku główne prace budowlane skoncentrowane były wokół Rynku Kościuszki i ulic: Suraskiej, Malmeda, Zamenhofa i Lipowej.

W 1958 roku rozpoczęto budowę Alei 1 Maja wraz z otaczającymi ją blokami mieszkalnymi. Dopiero w 1969 roku zajęto się projektami urbanizacyjnymi przed kościołem. Odchodząc od pomysłu stworzenia przed nim prawdziwego placu miejskiego skupiono się głównie na realizacji „węzła komunikacyjnego”. I właśnie to odcisnęło główne piętno na dzisiejszym kształcie placu, którego po prawdzie poza nazwą praktycznie nie ma.

Gazeta Białostocka z 1969 roku informowała, że „na 22 lipca miasto otrzymało część jezdną węzła komunikacyjnego przy zbiegu ulic Dąbrowskiego, Al. 1 Maja i Lipowej. Roboty wykończeniowe - a więc chodniki, zieleńce i oświetlenie - trwać będą do końca roku. Roboty związane z budową węzła wykonane były niezwykle szybko. Przecież jeszcze od początków maja dyskutowano nad rozwiązaniami projektowymi. (…) Projekt opracowano bardzo szybko, bo w ciągu trzech miesięcy, podczas gdy normalnie trwałoby to aż dziewięć miesięcy!” Na końcu artykułu umieszczono wiele znaczącą uwagę, która ukazywała białostocki kompleks. Poinformowano, że „warszawscy projektanci, specjaliści od komunikacji bardzo wysoko ocenili rozwiązanie węzła”.

No tak, skoro warszawscy specjaliści powiedzieli nam, że to dobre, to znaczy, że jest to dobre! Jednak potraktowanie placu jako węzła spowodowało, że ci którzy znajdują się w tej przestrzeni najczęściej nie zdają sobie sprawy, że są na placu miejskim. Pozostaje on ciągle w sferze planów i dyskusji. A na razie mamy na nim bałagan architektoniczny i pędzące zewsząd samochody. Na domiar złego panuje tu jeszcze swoiste pogmatwanie nazewnictwa poszczególnych części węzła vel placu.

Zaczęło się w 1989 roku, kiedy rada miejska nadała części ulicy Dąbrowskiego nazwę Plac Niepodległości. W 1995 roku zmieniono nazwę na Plac Niepodległości im. Romana Dmowskiego. Ale w 1999 roku jezdni prowadzącej od strony ulicy Dąbrowskiego w kierunku Lipowej nadano imię księdza Adama Abramowicza. Wychodzi na to, że jak idziemy pod murem kościelnym, to jesteśmy na ulicy Abramowicza, ale gdy idziemy po przeciwległej stronie, wzdłuż skądinąd brzydkich bloków, to już spacerujemy po Placu Niepodległości. Ot, taki lokalny zagadkowy węzeł.

Andrzej Lechowski - dyrektor Muzeum Podlaskiego

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.