Wiesław Myśliwski: Język powinien być wolny

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Zgiet
Anna Kopeć

Wiesław Myśliwski: Język powinien być wolny

Anna Kopeć

Nie ma co zawracać świata do przeszłości. Zresztą to jest niemożliwe. I nie należy ulegać złudzeniu, że świat stracił jakieś wartości przez rozwój cywilizacji, technologii - mówił w Białymstoku pisarz Wiesław Myśliwski.

Wszystkie Pana powieści są sztuką patrzenia na świat. Czy lubi Pan patrzeć na świat wyławiając detal czy też patrzy Pan w sposób całościowy?

Wiesław Myśliwski: Patrzę tylko przez detale. Całościowe patrzenie nie jest żadnym patrzeniem. To nic innego, jak ślizganie się po wrażliwości. Detal potrafi w uogólnić cały świat. Natomiast ogólne patrzenie nie prowadzi w konsekwencji do detali. Uważam, że konkret w literaturze, w każdej sztuce, buduje świat. Świat konkretów jest światem wiarygodnym. Bo co może być bardziej interesującego, nawet w relacjach międzyludzkich, niż to kiedy ktoś opowiada o konkretnych rzeczach.

W stanie wojennym, kiedy sklepy były dość pustawe, byłem staczem, czyli zaopatrzeniowcem domu. Miałem cierpliwość i lubiłem stać w kolejkach. Nie robiło mi różnicy czy stało się godzinę, dwie czy nawet całą noc. W tych kolejkach ludzie, głównie kobiety, tworzyli literaturę. Oni nie stali w milczeniu. Wzajemnie opowiadali sobie różne rzeczy, zwierzali się. Z ust tych kobiet płynęła wielka epopeja o życiu, o snach, o mężach, o zdradach, o dzieciach. Nasłuchałem się tej magmy językowej, konkretów ludzkiego losu, których prawdopodobnie sam bym nigdy nie wymyślił. To było doświadczenie preliteratury. Ona rodzi się z mowy ludzkiej, a nie z pisma. Prawdziwym językiem jest mowa, a nie pismo. Pismo było wtórne, jest sztuczne, deprawujące. Doszliśmy już do takiego stanu, że mówimy dzisiaj pismem. Źródłem literatury jest mowa ludzka. Trzeba ją tak samo selekcjonować, jak każdą mowę, jak każdy język. A duch mowy jest duchem wolności literatury.

To, o czym Pan mówi, ma związek z duchem mowy żywej, o której często Pan wspomina?

Tak. Swoje pisanie wywodzę właśnie z niego. Wydaje mi się, że tylko tam jest źródło literatury. Nie można pisać pisma, literatury z innej literatury. Trzeba sięgać, na ile to możliwe, do stanu kiedy język się rodził. Duch mowy żywej nie jest reprodukcją, ale jest wielkim bogactwem leksykalnym i ogromnym skarbcem, w którym człowiek odkrywa takie sensy słowa, mowy, jakich nigdy by nie odkrył w potocznym porozumiewaniu się, zwłaszcza pisemnym.

Przez 25 lat reagowałem kwartalnik „Regiony”. Wpadłem więc na pomysł, by stworzyć czasopismo, które może pozwoli uratować stare chłopskie zapisy. Są fascynujące ponieważ oni przenosili struktury mowy na pismo. Jak chłop pisał list ze Stanów Zjednoczonych do żony, to nie pisał go według prawideł, jakich my używamy. Pisał do całej rodziny, a nawet do wszystkich sąsiadów, jakby siedzieli przy wspólnym stole i ten list odczytywali. Chłopi dyktowali też testamenty, ale nie notarialne, a prywatne. Nawet tutaj, w Białymstoku, przez znajomego wybitnego sędziego, a wtedy jeszcze studenta prawa, można powiedzieć, że nielegalnie, szukaliśmy tych testamentów w archiwach sądowych. To są poematy o własnym życiu. Świat był na jednej płaszczyźnie: i ten kawałek ziemi, i pies Burek, i sucha śliwka, i buda po psie - wszystko to było tak samo ważne i tak samo rozdzielane. W tym dokumencie były określane nawet stosunki, jakie mają panować między członkami rodziny. Chłopi byli nieświadomymi twórcami awangardy w języku. To jest źródło literatury. Ten wolny chłopski język jest do zastosowania w opisie każdej rzeczywistości - wiejskiej, miejskiej, wielkomiejskiej, metropolitalnej. Gdziekolwiek powieść się usytuuje, to język zawsze powinien być wolny. A skąd czerpać ducha języka? Właśnie z mowy ludzkiej.

Myśli Pan, że żyjemy w jakiejś ułudzie wolności?

W ułudzie wolności świat żył od samego początku. To nie jest tak, że są epoki wolne i bezwolne. Oprócz wolności obywatelskiej, o której można dyskutować, bo jest zależna od takich czy innych rządów, od takiego czy innego ustroju, najistotniejsza jest wolność wewnętrzna człowieka. Nawet w niewoli ludzie potrafili czuć się wolni. Przecież inaczej nie powstałaby wielka literatura rosyjska XIX wieku przy ówczesnej cenzurze, ówczesnym reżimie. Wielcy pisarze rosyjscy mieli poczucie wewnętrznej wolności. Sztuka jej potrzebuje, a nie wolności ustroju. Bo cóż ustrój może zrobić ze sztuką? Stalin nie wydawał Bułhakowa, ale książka „Mistrz i Małgorzata” powstała. I na to nawet Stalin nic nie poradzi. Na tym polega wolność wewnętrzna.

Pojawiło się tu stwierdzenie, że mowa żywa jest źródłostanem wszystkiego - powieści, literatury. Interesuje mnie to, kiedy u Pana wzrosła ta pewność, że mowa żywa jest tą bazą? Czy to był moment kiedy nauczył Pan starszą kobietę podpisywać się jej imieniem i nazwiskiem?

Późno, ponieważ późno debiutowałem - w wieku 35 lat. Sam nie wiem dlaczego zacząłem pisać. Pracowałem w wydawnictwie redakcji literatury współczesnej. Dobrze się czułem w tym zawodzie i w tych działaniach. Wtedy przyszło czy to olśnienie, czy może zwyczajna myśl, że może i ja bym coś spróbował napisać. Zacząłem pisać „Nagi sad” po kryjomu, nikomu nic nie mówiąc. Moim przyjacielem był Henryk Bereza - wybitny krytyk, który w ogóle nie podejrzewał mnie o to, że mogę coś napisać. Gdy mu o tym powiedziałem, odpowiedział „O Matko Boska!”. Nawet moja żona nie bardzo była zadowolona z tego, że piszę powieść. Krzywiła się, bo uważała, że mogę być lepszym naukowcem niż pisarzem. Ale uparłem się i jak zacząłem pisać to już skończyłem.

Kiedy badałam Pańską literaturę naszła mnie myśl, że człowiek ewoluuje, ale w takim chyba niezbyt ciekawym kierunku. On jest coraz bardziej nieszczęśliwy, jest coraz mniej poradny, nie potrafi już kochać. To jest widoczne nie tylko w powieściach, ale także dziś na ulicach. Dziewczyny nie wychodzą bez makijażu, bo się nie akceptują. Chłopcy może chociaż wrażliwi i słabi w środku, muszą pokazać na zewnątrz, że są silni, więc chodzę na siłownię. Ludzie są słabi i ukrywają to. Czy Pan dostrzega, że zbliża się jakiś koniec i czy społeczeństwo musi przewartościować pewne rzeczy? Jeśli tak to czy istnieje jakiś ratunek np. w sztuce?

Ale ja nie jestem takim pesymistą jak pani. Chociaż pewnie w pani wieku nim byłem. Bo pesymizm jest cechą młodości. Kiedy ma się moje lata, to jest się już optymistą i patrzy się na świat trochę inaczej. Nie wiem czy świat trzeba ratować. Zjawiska negatywne, które panią dotykają, dotykają i mnie. One istniały zawsze, w każdej epoce. Nam się wydaje, że świat, w którym żyjemy jest światem wyjątkowym, zdeprawowanym. Wszyscy niesiemy ze sobą mit przeszłości. Przed przyjazdem do Białegostoku skończyłem czytać książkę „Święto wiosny” łotewskiego socjologa. To także tytuł kompozycji Igora Strawińskiego. Polecam przeczytanie tej książki dla podreperowania swoich nastrojów. On pisze o epoce , którą my na podstawie i wspomnień i prasy uważamy za epokę niezwykle barwną, szczęśliwą, w której warto było żyć. Przełom wieku XIX i XX, my współcześni, odebraliśmy jako piękny. Sztuka według tego autora idzie ręka w rękę z rzeczywistością i pokazuje, jak straszny to był czas i jak doszło do strasznej I wojny światowej. Jak ludzie dążyli do wojny, żyli w przekonaniu - tak jak my teraz - że świat pozbył się wartości, że jeśli nie upuści krwi to nic z tego nie będzie. I to nie władcy dążyli do wojny, domagały się jej masy. I wojna była okrutniejsza od II wojny światowej, ponieważ tam miliony ludzi zarżnęły się bagnetami. W II wojnie światowej technika niszczyła ludzi, nie było to tak widoczne jak fronty I wojny światowej. Po przeczytaniu tej książki nabrałem takiego lepszego mniemania o czasach, w których żyjemy. Więc nie ma co zawracać świata do przeszłości. Zresztą to jest niemożliwe. I nie należy ulegać złudzeniu, że świat stracił jakieś wartości przez rozwój cywilizacji, technologii.

Znany jest Pan z tego, że jeszcze przed ostatecznym drukiem książki potrafi Pan dopisać nawet kilkadziesiąt stron. Czy to oznacza, że nie dowierza Pan swoim rękopisom?

Kiedy skończy się pisać książkę nie ma się wcale przekonania, że to jest to, co mogło się napisać, że można by było zrobić to inaczej, lepiej. Ja takiego przekonania, takiego triumfu nie mam. Dopiero wtedy ogarnia mnie lęk czy ja w tej książce napisałem to, co mógłbym napisać. Od czasu do czasu przychodzą do mnie różne zdania do książek, które już napisałem. W takim w stanie wtedy byłem i taka była moja mądrość. Niech tak zostanie. Jestem przeciwny poprawianiu swoich publikacji. Książkę można pisać w nieskończoność. Za każdym razem na pewno może stać się bogatsza. To nie jest proces skończony. W sztuce ilość nie przechodzi w jakość. To jest pewnik. Ideałem byłoby napisać jedną książkę, w której powiedziałoby się wszystko co ma się do powiedzenia i umrzeć. Julian Przyboś, wielki poeta awangardy polskiej, z którym ja się znałem, przyszedł do mnie po moim debiucie i w tonie życzliwego, starszego, doświadczonego pisarza powiedział: „Panie Wiesławie, pisarz, kiedy pisze książkę, powinien się zastanowić czy na tę książkę warto będzie ściąć sosnę”. To mi przyświeca z dnia dzisiejszego.

Mówił Pan o duchu mowy żywej, a ja zapytam o ducha języka martwego. Jesteśmy w Białymstoku, czyli w mieście, w którym urodził się Ludwik Zamenhof - najbardziej znany Polak, który stworzył ideę języka esperanto. Języka martwego, jak mówią o nim ludzie, którzy nie znają tej kultury i społeczności, czym rzucają niejako obelgę esperantystom.

Nawet mój „Pałac” został przetłumaczony na język esperanto i mam egzemplarz tej książki. Esperanto to była jakaś ambitna, szlachetna próba, żeby z niedojęzyczności, która ludzi tak dzieli, wyprowadzić na prostą jednego języka. Nie wiem czy to było realne, czy to nie była fantazja, ale przecież mamy języki wspólne. Kiedyś, w średniowieczu, to była łacina, a dzisiaj jest nim język angielski. Mój tłumacz na język amerykański, który po polsku mówi z takim akcentem, że gdybym nie wiedział, że z pochodzenia jest Anglikiem, to powiedziałbym, że jest Polakiem. Zapytałam go gdzie się nauczył tak mówić po polsku. Jako młody człowiek przyjechał do Krakowa na zjazd esperantystów nie znając ani słowa po polsku. Tak zachwyciło go brzmienie języka polskiego, że postanowił się go nauczyć. Zdziwiłem się, przecież język polski dla wielu obcokrajowców brzmi szeleszcząco. Odpowiedział „Polski jednym z najpiękniejszych języków świata, spektrum dźwięków jest ogromne, takiego nie ma w żadnym innym języku. Macie sz, cz, dż, ale też ą, ę. To coś wspaniałego! Nie da się porównać z żadnym innym językiem”. W Stanach Zjednoczonych na uniwersytecie jest dyrektorem ośrodka języków słowiańskich. Skończyło się to nie tylko na języku, bo się ożenił z Polką. Esperanto potrafi tworzyć nawet tak piękne zderzenia.

Anna Kopeć

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.