Władimir Putin i syndrom gotowanej żaby

Czytaj dalej
Kazimierz Dadak

Władimir Putin i syndrom gotowanej żaby

Kazimierz Dadak

Jeśli żabę umieścimy w letniej wodzie i będziemy wodę powolutku podgrzewać, to żaba nie poczuje tej zmiany i zostanie ugotowana na śmierć, podczas gdy wrzucenie żaby do gorącej wody powoduje, że ona niezwłocznie wyskakuje - pisze Kazimierz Dadak, profesor ekonomii, Hollins University, USA

Od ponad trzech dekad Amerykanie podnosili temperaturę wody, w której kąpali się najpierw Borys Jelcyn, a potem Władimir Putin i w końcu ten drugi poczuł, że jest już niemal ugotowany i wyskoczył z wanny. 17 grudnia Rosja wystąpiła z żądaniem rozpoczęcia rozmów z USA i NATO i udzielenia jej gwarancji bezpieczeństwa.

Proszę zauważyć, Rosja domaga się gwarancji bezpieczeństwa od Zachodu. To znaczy, że czuje się zagrożona i słaba. Potężna Rosja niczyich gwarancji by nie potrzebowała. ZSRR żadnych gwarancji nie wymagał, bo sam był w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo.

Trudno zgadnąć, co spowodowało tę nagłą reakcję. Czy wieść o tym, że Ukraina z brytyjską pomocą w przyspieszonym tempie zbuduje dwie bazy morskie, z czego jedną na Morzu Azowskim, które Rosja praktycznie traktuje jak swoje własne? Czy też jednak Putin wykazał się większą bystrością od żaby? Albowiem woda była podgrzewana od dawna i gdyby niżej podpisany zaliczał się do rusofilów (a w żadnym przypadku tego nie da się zrobić), toby zakrzyknął - dopiero teraz!

Delikatne podgrzewanie wody

Zaledwie 33 lata temu całkowicie kontrolowany przez Moskwę Wschodni Blok sięgał Łaby i Soławy (Saale). Od Magdeburga do Brześcia nad Bugiem (granicy ZSRR) było prawie 900 km, więc moskiewscy tyrani mogli czuć się bezpieczni. Od tego czasu na mapie politycznej zaszły ogromne zmiany.

W 1989 roku w Polsce PZPR straciła monopol władzy, rok później doszło do zjednoczenia Niemiec, a w 1991 roku został rozwiązany Pakt Warszawski. W tym samym czasie Estonia, Litwa i Łotwa rozpoczęły marsz ku wolności, ale ciągle pozostawały w ramach ZSRR. Dopiero nieudany pucz Janajewa w sierpniu 1991 r. i rozpad ZSRR w grudniu tego roku przypieczętowały proces tracenia przez Rosję pozycji supermocarstwa. Niemniej, te wydarzenia nie spowodowały marszu NATO na wschód. Między Federacją Rosyjską a NATO powstała „ziemia niczyja”, która nadal dawała Rosji ogromną głębię strategiczną.

Trzeba pamiętać, że nawet traktat tyczący zjednoczenia Niemiec nie pozwalał na rozmieszczenie tam dodatkowych niemieckich wojsk, rozbudowę istniejących baz czy ulokowanie tam broni masowego rażenia. W owym czasie kwestia rozszerzenia NATO na wschód w ogóle nie była brana pod uwagę i nie była poruszana podczas tych negocjacji przez Sowiety. Ten fakt pozwolił USA na rozpoczęcie długiego procesu powolnego „podgrzewania wody”.

W 1994 roku stworzono program Partnerstwo dla Pokoju, w ramach którego Polska, Czechy, Węgry i Słowacja nawiązały bliższą współpracę wojskową z NATO. Dwa lata później te kraje rozpoczęły „dialog” na temat przystąpienia do Paktu i w grudniu 1997 r. zostały podpisane protokoły akcesyjne przez Polskę, Czechy i Węgry. Formalnie kraje te stały się członkami NATO w 1999 r.

W tym czasie Rosja coraz bardziej pogrążała się w chaosie gospodarczym i politycznym. W latach 1994-96 trwała niesłychanie brutalna i krwawa I wojna czeczeńska, która wykazała niezwykłą nieudolność armii rosyjskiej. Kontrolę nad gospodarką przejmowali oligarchowie i Federacja Rosyjska zaczęła przypominać rozkładające się państwo polsko-litewskie z XVIII wieku. Własność publiczna była rozkradana na niespotykaną skalę i skutkiem tego w sierpniu 1998 r. nastąpił krach gospodarczy. Rząd rosyjski ogłosił niewypłacalność!

Moskwę trapiły dużo większe zmartwienia niż przesunięcie się NATO na wschód. Ponadto na obszarze właśnie przyjętych państw nie miały pojawić się obce wojska. Zatem rosyjska sytuacja strategiczna uległa pogorszeniu, ale nie aż tak wielkiemu. Temperatura wody tylko nieznacznie się podniosła i dzięki temu nieustannie zaglądający do kieliszka Jelcyn cały czas trwał w błogim poczuciu bezpieczeństwa.

Pięć lat później do NATO zostało przyjętych siedem kolejnych państw. Tym razem Rosja wyrażała sprzeciw, szczególnie przeciwko przyjęciu Estonii, Łotwy, Litwy, ale nie doszło do ostrego konfliktu. Ten rozwój sytuacji zadziwia, ponieważ w przypadku tego poszerzenia NATO na wschód, Pakt zawitał do wrót Rosji. Estońska Narwa jest oddalona od St. Petersburga tylko o 150 km, więc to kluczowe miasto i znajdujące się w jego okolicy porty znalazły się w polu rażenia rakiet krótkiego zasięgu. Ust-Ługa, największy na Bałtyku rosyjski terminal kontenerowy i paliwowy, gdzie też znajduje się stacja początkowa gazociągu Nord Stream II, od granicy estońskiej jest oddalony o niespełna 30 km. Całe rosyjskie okno na świat w Zatoce Fińskiej, które z takim trudem wywalczył car Piotr I, po utracie Estonii jest pod obstrzałem artylerii nabrzeżnej, bo szerokość tej zatoki to zaledwie 50 km. Bez przesady można powiedzieć, że Rosji założono pętlę na szyję i Kreml to przełknął!

Rosja nadal była zbyt pochłonięta sprawami wewnętrznymi. Toczyła się II wojna czeczeńska. Ciągle trwała walka z oligarchami. Michaił Chodorkowski, właściciel Jukosu i najbogatszy człowiek w Rosji, który wówczas rozważał sprzedaż tej największej rosyjskiej firmy naftowej amerykańskiemu Exxonowi, właśnie znalazł się w więzieniu, ale zmagania o przejęcie tego kolosa dopiero były w toku. Rzecz musiała zostać rozstrzygnięta także przez sądy amerykańskie, więc Putin był trzymany w szachu. Ogólnie rzecz biorąc Federacja Rosyjska była daleka od przezwyciężenia słabości wojskowej i gospodarczej.

Amerykanie także podetknęli Rosjanom pod nos marchewkę, najpierw w postaci Północnoatlantyckiej Rady Współpracy, która przerodziła się w Partnerstwo dla Pokoju, a w 2002 r. doszło do powstania Rady NATO-Rosja. Przed Władimirem Putinem rysowała się możliwość wejścia do NATO, więc skoro tak, to fakt pojawienia się forpoczty tej organizacji w okolicach St. Petersburga nie jawił się aż tak groźnie. W jego odczuciu temperatura wody podniosła się tylko nieznacznie i nie było powodu, żeby wyskakiwać z kąpieli.

Nie bez znaczenia były także osobiste stosunki pomiędzy George’em W. Bushem i Władimirem Władimirowiczem. Podczas pierwszego spotkania pomiędzy tymi prezydentami w 2001 r., G.W. Bush miał spojrzeć Putinowi prosto w oczy i ujrzeć jego „duszę”, która biła „prostolinijnością”. Amerykański przywódca uznał swego rozmówcę za „godnego zaufania”. Zapraszał go często w odwiedziny, włącznie z prywatnym rancho w Teksasie. Rosyjski satrapa nie pozostawał mu dłużny.

Jednak w końcu realia polityki światowej wzięły górę i miłość pomiędzy nimi wygasła. W 2007 r. podczas dorocznej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa Władimir Władimirowicz popełnił polityczne seppuku, oskarżył USA o nieokiełznane używanie siły i łamanie międzynarodowych układów i praw. Jednym słowem, podważył moralne kwalifikacje USA do przewodzenia światu. Za Atlantykiem nigdy tego mu nie zapomniano. Rosja stała się nowym wcieleniem ZSRR ze wszystkimi tego konsekwencjami.

W tym kontekście w 2008 r. doszło do krótkiej wojny rosyjsko-gruzińskiej. Dość obszerny raport UE na temat jej genezy i przebiegu jest nieco odmienny od powszechnego w Polsce postrzegania tego wydarzenia. Okazało się, że Gruzja też uciekała się do różnego rodzaju prowokacji. Kto i dlaczego ją wówczas do takiego zachowania popychał, zostawmy na boku, w każdym razie działalność Rady NATO-Rosja została zawieszona. Marchewka znikła, prawdopodobieństwo przyjęcia Rosji do NATO zmalało do zera, ale Bałtowie w NATO już byli.

„Reset” Obama

Jednak niebawem w 2009 r. przed nosem Putina pojawiła się kolejna marchewka - „reset” obwieszczony przez Baracka Obama. Zajmijmy się nim w dwu wymiarach, amerykańskim i polskim.

Dla Waszyngtonu „reset” był koniecznością, ponieważ Stany Zjednoczone ciągle prowadziły poważne działania zbrojne w ramach „wojny z terrorem”. Demokraci są w USA powszechnie postrzegani jako „gołębie”, więc administracja Obamy czuła się w obowiązku wykazania wystarczającej dozy wojowniczości, mimo tego, że szanse na sukces wojskowy nie były wielkie. Niemniej, skoro powiedziało się „a”, to trzeba było powiedzieć „b” - podjęto decyzję o podniesieniu liczebności wojsk w Afganistanie o 50 proc.

Przerzucenie i utrzymanie zdolności bojowej kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy wymaga poważnego wysiłku logistycznego, natomiast główny szlak komunikacyjny przebiegający przez Pakistan nie dawał pewności ciągłości dostaw. Po pierwsze Pakistan patrzył podejrzliwie na amerykańską obecność na swoich strategicznych tyłach, a po drugie Amerykanie wielokrotnie bombardowali pozycje talibów po pakistańskiej stronie granicy i nieustannie dochodziło do zatargów. Praktycznie jedynym rozwiązaniem był transport wojsk i zaopatrzenia przez obszary byłych republik sowieckich w Środkowej Azji, a bez zgody Kremla było to niemożliwe. Stąd idea „resetu”, tym bardziej że szybko okazało się, że zwiększenie liczebności wojska do 60 tys. to jest zdecydowanie za mało i gen. Stanley A. McChrystal zażądał zwiększenia kontyngentu do prawie 100 tys.

Rodzimy aspekt tej sprawy wymaga cofnięcia się do roku 2006, gdy Polska i USA rozpoczęły negocjacje na temat budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej. W 2007 r. koalicja PiS-u, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin przegrała wybory, ale rząd PO-PSL kontynuował rozmowy. Co więcej, premier Donald Tusk pozostawił wiceministra Witolda Waszczykowskiego na stanowisku głównego negocjatora. 2 lipca 2008 r. Waszczykowski wrócił do Warszawy po zakończeniu rozmów w Waszyngtonie, gdzie wstępnie przyjął amerykańskie warunki. Oczywiście ostateczne słowo należało do duetu Tusk-Sikorski. 4 lipca rząd ogłosił, że parafowane porozumienie nie spełnia jego oczekiwań i je odrzucił.

4 lipca to w USA nie jest byle jaka data, jest to największe świeckie święto, Święto Niepodległości, jedyne niereligijne święto zawsze obchodzone dokładnie w tym dniu, a nie w najbliższy poniedziałek, jak to ma miejsce we wszystkich innych przypadkach. Obwieszczenie odmownej decyzji 4 lipca to był policzek wymierzony w G.W. Busha, który w Europie był powszechnie nielubiany, i tym samym wielki ukłon w kierunku unijnych elit. Trudno jest pojąć, żeby minister Sikorski, który tyle lat spędził w USA, był nieświadom sytuacji, a jeśli był, to znaczy, że w MSZ nie powinien pełnić roli powyżej odźwiernego.

Miesiąc później wojska rosyjskie wkroczyły do Gruzji i panowie Tusk i Sikorski dokonali zwrotu o 180 stopni. 14 sierpnia, bez żadnych dłuższych negocjacji, porozumienie zostało podpisane.

17 września 2009 r. prezydent Obama obwieścił „reset” i zaniechanie budowy tarczy antyrakietowej. Ta data nie była przypadkowa, wszak Tusk i Sikorski nadal sprawowali swe urzędy. Supermocarstwo to nie jest jakiś kresowy magnat, który w przypływie dobrego humoru i przy kielichu wybacza winy. Supermocarstwem jest się dlatego, że inne narody odnoszą się do danego państwa z wielkim szacunkiem, a nie drwią sobie z niego celem zaskarbienia sobie łask w innych stolicach.

Niestety, ówczesna opozycja owej „aluzji” nie zrozumiała. Zamiast wylać wiadro pomyj na głowy sprawców „nietaktu” popełnionego ponad rok wcześniej, wylała je na głowę amerykańskiego prezydenta.

Od „resetu” do Majdanu

Obama polską reakcją się nie przejął, tylko zgodnie z całą amerykańską tradycją, nadal działał zgodnie z własnym interesem narodowym. W 2011 r. USA podjęły decyzję o stopniowym wycofywaniu swych sił z Afganistanu. W tym kontekście znaczenie Rosji spadło i dalsze kontynuowanie „resetu” stało się niepotrzebne.

W listopadzie 2013 r. rozpoczął się kijowski Majdan, seria protestów skierowana przeciwko rządowi Wiktora Janukowycza. Nie jest wielką tajemnicą, że wobec tych wydarzeń administracja B. Obamy nie przyjęła obojętnej postawy, ba, od lat finansowo wspierała różne organizacje pozarządowe promujące demokrację.

W grudniu 2013 r. w Kijowie pojawili się senatorowie John McCain (Republikanin) i Chris Murphy (Demokrata). Cały czas wydarzenia w Kijowie były monitorowane przez wysokich rangą urzędników w Sekretariacie Stanu (odpowiednik MSZ), w tym przez Wiktorię Nuland, która wspólnie z ambasadorem Geoffreyem Pyattem miała istotny wpływ na skład ukraińskiego rządu po ucieczce Janukowycza.

Majdan był całkowitym zaskoczeniem dla Putina. Na upadek Janukowycza Kreml zareagował nadzwyczaj nerwowo, podjęto decyzję o inwazji Krymu i wywołaniu rebelii we wschodnich regionach Ukrainy, gdzie większość mieli Rosjanie.

Z perspektywy niemal ośmiu lat trudno mieć wątpliwości, że był to kardynalny błąd. Owszem, Rosja uzyskała kontrolę nad strategicznie niesłychanie ważnym obszarem - Krym to jest wielki bastion blokujący dostęp do południowej Rosji - ale straciła Ukrainę. Nie opłaciła się skórka za wyprawkę. Tym bardziej, że Ukraina nie ugięła się przed rosyjską presją i nie zawarła żadnego porozumienia z Moskwą.

Aneksja Krymu stanowiła także doskonały pretekst do faktycznego rozszerzenia NATO na wschód. Dziś jednostki NATO są obecne nie tylko w Polsce, ale i w krajach bałtyckich. Enklawa królewiecka jest w potrzasku, podobnie jak Zatoka Fińska.

Obecna sytuacja patowa nie sprzyja interesom rosyjskim i zapewne stąd ostatnie rosyjskie żądania gwarancji bezpieczeństwa i zapewnienia, że bez jej zgody do NATO nie zostaną przyjęte Ukraina i Gruzja. W końcu Putin poczuł, że siedzi we wrzątku, ale wyskakuje z niego wiele lat za późno.

Władimir Putin przejdzie do historii jako rosyjski przywódca, który utracił Ukrainę. Przed 1991 r. Ukraińcy ramię w ramię z Rosjanami w ramach Czerwonej Armii maszerowaliby na zachód, przed 2014 r. można było sobie wyobrazić te dwa narody wspólnie walczące z jakimś przeciwnikiem, natomiast dziś one zażarcie biją się ze sobą. Jest to rozwój sytuacji, o którym nie tak dawno mogliśmy tylko marzyć.

Ten dar spadł nam wprost z nieba. Nie przelaliśmy ani kropli krwi i nie wydaliśmy na ten cel złamanego szeląga. Ukraińskiej walce o niepodległość nawet nie udzieliliśmy zdecydowanego politycznego poparcia, co należy uznać za skandal.

Ten niezwykle korzystny obrót spraw zawdzięczamy Ameryce, która podobno nie rozumie Rosji i zdaniem różnych rodzimych ekspertów była przez nią wielokrotnie wodzona za nos. Wielki udział w tym procesie miał Barack Obama uważany za zupełnego naiwniaka w tej materii.

Zrozumieć istotę polityki

Całe polsko-amerykańskie nieporozumienie polega na niezrozumieniu istoty polityki, szczególnie międzynarodowej. Dla rodzimych polityków niesłychanie istotne są imponderabilia, próżne gesty i nieustanne pochwały innych. I najważniejsze, interesy robimy tylko z tymi, którzy wykazują daleko idące podobieństwo ideologiczne.

Natomiast dla zachodnich polityków w pierwszym rzędzie liczy się wynik. Jeśli osiągnięcie zamierzonego celu wymaga od zachodniego polityka, żeby negocjować z wrogiem, to on to robi bez wahania. Nawet, jeśli sytuacja wymaga, żeby zachodni polityk „wyszedł na głupa”, to jest on skłonny to zrobić, bo ponad wszystko liczy się wynik - obrona interesu narodowego.

Na przykład prezydent Obama został podsłuchany, gdy mówił do prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, że po wyborach będzie mógł pójść na ustępstwa. Nad Wisłą zostało to oczywiście odczytane jako wyraz słabości, podczas gdy dla amerykańskiego polityka był to oczywisty „trick”, bo po wyborach pomoc rosyjskiego satrapy do niczego nie była mu już potrzebna.

Dla polskich obserwatorów powolne „podgrzewanie wody” jest równoznaczne z robieniem ustępstw, bo nasza tradycja wymaga ułańskiej szarży i spektakularnego sukcesu. Żadne żmudne i mozolne zdobywanie przewagi nas nie interesuje, podczas gdy wielka polityka to jest gra w szachy. Każdy, kto choć trochę zna tę grę, doskonale wie, że w szachach często ważniejsze jest zdobycie dogodnej pozycji niż uzyskanie materialnej przewagi.

Niebawem rozpoczną się amerykańsko-rosyjskie negocjacje. Bez wielkiego błędu można przewidzieć, że Waszyngton zrobi Moskwie ustępstwa. Nie będzie w tym nic z naiwności czy tchórzostwa, bo Amerykanie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że czas pracuje na ich korzyść. Metoda „dwa kroki do przodu, jeden w tył” to nie był monopol komunistów. Niemniej, nie wątpię, że rodzimi znawcy będą się rozwodzić nad tym, jak to rzekomo Rosjanie znowu wystrychnęli Amerykanów na dudka.

Polskie elity nie były w stanie wyrwać Ukrainy z objęć Rosji przez ponad trzy i pół wieku, tymczasem Amerykanom zabrało to niewiele ponad trzy dekady!

Rosja jest w niesłychanie trudnej sytuacji. Jeśli nie napadnie na Ukrainę, to z biegiem czasu niepodległość tego kraju umocni się. Jeśli napadnie, to czeka ją jeszcze gorsza przeprawa niż przed ponad 40 laty w Afganistanie.

Rosja jest supermocarstwem atomowym, ale ta broń jest użyteczna tylko w przypadku ostatecznym, gdy woda wrze i grozi ugotowanie się. Amerykanie nie dopuszczą do takiej sytuacji. Przeciwnikowi zawsze zostawią promyk nadziei, że zdoła wydobyć się z tarapatów. Indianie mają swoje rezerwaty.

Kazimierz Dadak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.