Zalew w Dojlidach. Hodowla karpi czy wypoczynek?

Czytaj dalej
Fot. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku
Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego

Zalew w Dojlidach. Hodowla karpi czy wypoczynek?

Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego

Kapryśne lato spowodowało, że mniej słychać o kąpielisku w Dojlidach. Pomysłodawcą jego budowy w 1933 r. był por. Jerzy Żmudziński, kierownik Miejskiego Ośrodka Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego.

Pisałem już niegdyś o początkach tego miejskiego kąpieliska, więc teraz tylko krótka rekapitulacja. Jeszcze w 1933 r. uporządkowano cały teren w Dojlidach. W następnym roku gromadzono niezbędne fundusze i przygotowywano dokumentację techniczną. We wrześniu 1935 r. robota ruszyła pełną parą. Zaczęto kształtować nieckę stawu. Zanim to nastąpiło, to gratkę mieli wędkarze. Trzeba było przecież wyłowić wszystkie ryby. Dopiero wówczas można było spuścić wodę ze stawu. Rozpoczęło się wybieranie mułu i wyrównywanie dna. Następnie, na powierzchni około 2 tysięcy metrów kwadratowych, nasypano żwir. Jednocześnie przystąpiono do budowy obiektów obsługujących kąpielisko. Wzniesiono dwie szatnie na 1800 osób. Nad stawem zaczęto urządzać plażę obliczoną na przyjęcie jednocześnie 2 tysięcy osób. Teren, na którym ją założono był podmokły, dlatego trzeba było nawieźć na to miejsce ogromne ilości grubego żwiru, który przysypano piaskiem. Zainstalowano ławki, a nawet i stojaki na rowery.

Pojawiła się też wówczas w Białymstoku nowość - kajaki. Zakupiono ich 11. Zadbano i o bezpieczeństwo, kupując dwie łodzie ratunkowe. W 1936 r. energicznie przystąpiono do prac wykończeniowych. Niestety pojawiły się trudności finansowe. Miejski Ośrodek zwrócił się więc do Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego i do Urzędu Pracy z prośbą o kredyty. Jako że budowa była oczkiem w głowie prezydenta Białegostoku Seweryna Nowakowskiego, to i pieniądze szybko się znalazły. Wyznaczono więc termin otwarcia kąpieliska -koniec maja 1936 r.

Białostoczanie zachwycili się tym miejscem. Bo i rzeczywiście wyglądało imponująco. Wzdłuż plaży, na długości 130 metrów ułożony był szeroki chodnik. Między nim a stawem złocił się drobniutki piasek plaży. Tuż przy niej urządzone były boiska do siatkówki i innych gier. Po przeciwnej stronie chodnika stał ładny drewniany, pomalowany jasną farbą budynek administracyjny. Był długi na 18 metrów i szeroki na 12. W nim ulokowane były właśnie szatnie i 10 kabin do przebierania się. Był tam też pokój administracji i kasy. Na werandzie tego budynku urządzono kawiarnię. Po zakończonym sezonie 1936 r., władze miejskie widząc ogromne zainteresowanie białostoczan tą formą wypoczynku, postanowiły dalej budować. Plaża miała być poszerzona tak aby przyjąć 5 tysięcy osób. W 1937 r. stanęła blisko brzegu skocznia. Pojawiły się też rowery wodne oraz nowe pawilony z kawiarnią i natryskami.

Dalszy rozwój i kolejne inwestycje przerwała wojna. Po jej zakończeniu mało kto zajmował się wypoczynkiem. Były ważniejsze sprawy. Ale gdy przychodziło lato, to białostoczanie sami, jak kto potrafił, organizowali sobie wypoczynek nad wodą. Co bardziej zorganizowani preferowali Supraśl albo Wasilków. Koleją można było za kilka złotych wybrać się nad Narew do Uhowa. Nieliczni zmotoryzowani upalne niedziele spędzali w Żółtkach, Bokinach, Dzikich, Królowym Moście, a nawet w Augustowie. Reszta szukała ochłody w mieście. W samym Białymstoku dużym powodzeniem cieszyły się tak zwane glinianki. Były w prawie każdej dzielnicy, choć największą popularnością cieszyły się te na Wygodzie. No i były Dojlidy. Ale ich międzywojenna sława była już tylko wspomnieniem. Stawy były zarośnięte, a na dodatek przekazano je Technikum Rolniczemu. Szkoła rozpoczęła w nich hodowlę karpi. Jako karmę dla tych czekających na wigilię ryb stosowano fekalia. I tak wozy asenizacyjne z całego miasta sunęły na Dojlidy i chlup do stawu. Karpiom może było to i w smak, plażowiczom raczej nie. Woda cuchnęła niemiłosiernie. W całej okolicy unosił się trudny do wytrzymania fetor. Mimo to w upalne dni nad stawy przyjeżdżało nawet po kilkuset amatorów. Zapuszczonym kąpieliskiem od początku lat pięćdziesiątych zarządzała Liga Przyjaciół Żołnierza, która wybudowała przystań dla kajaków, łodzi i żaglówek. Technikum Rolnicze broniąc spokoju karpi, a jednocześnie chcąc sobie trochę zarobić, zażądało od LPŻ rocznej opłaty w wysokości 20 tysięcy złotych. Takie postępowanie wzbudziło zrozumiałe oburzenie. Kolejny cios w Dojlidy zadał sanepid, który nakazał spuszczenie wody z głównego stawu, co spowodował specyficzny pokarm serwowany karpiom. Dodatkowym podzwonnym dla Dojlid były fantastyczne plany architektów, którzy snuli mrzonki na temat sztucznego jeziora przy Zwierzyńcu i mamili białostoczan wizją budowy krytych basenów.

Tymczasem upalne letnie miesiące wskazywały jednoznacznie, że problem wypoczynku nad wodą narasta. W 1958 r. dyrekcja Technikum Rolniczego, czując, że coś się święci, zaproponowała swoją wersję rekreacji po białostocku. Polegała ona na „kontynuowaniu hodowli i na wydzieleniu stawu plażowego, za który opłata roczna na rzecz Technikum miałaby wynosić 50 tys. zł.”

Białystok aż zakipiał z oburzenia. Jak to? Przecież zawarta przed wojną umowa dzierżawy stawów podpisana była do 1946 r. Zainwestowane zostały duże środki finansowe, a przede wszystkim „dojlidzki kurort” - tak mówiono przed wojną, był już na trwałe wpisany w krajobraz miasta. Popularny białostocki dziennikarz Eugeniusz Hryniewicki, zwany przez przyjaciół Kitusiem, rzucił hasło - „stawy muszą należeć do miasta”. Pisał, kpiąc jednocześnie z wyssanych z palca wizji architektów, że „chcieliśmy kiedyś kopać sztuczne jezioro. Kosztowałoby to dużo pieniędzy. A w Dojlidach kopać nie trzeba, należy jedynie pogłębić i zlikwidować niektóre groble. Nadarza się nawet ku temu okazja. Suche dno pierwszego stawu można oczyścić i pogłębić w ciągu 2-3 tygodni. Przedsiębiorstwa budowlane na pewno nie odmówią społeczeństwu pomocy, przysyłając do pracy 2-3 spychacze. Na muł z dna stawu znajdą się na pewno chętni”. W konkluzji red. Kituś wymierzał celny cios w dyrekcję Technikum stwierdzając, że „wypoczynek dla ponad 100-tysięcznego miasta jest bez wątpienia ważniejszy niż kilka tysięcy złotych, które może przynieść kiedyś hodowla karpi”.

Hryniewicki swoim artykułem wywołał publiczną dyskusję. Na jego pytanie „hodowla karpi czy wypoczynek?” odpowiedziało 57 białostoczan, którzy podpisali się pod listem skierowanym do redakcji Gazety Białostockiej. Pisali, że „staw plażowy w Dojlidach, w którym obecnie nie ma wody, nie biorąc pod uwagę nowej usypanej grobli, która ten staw rozdziela, liczy 27 ha i pozostałe stawy (około 100 ha) zasilane są wodą z rzeki Białej, która do niego wpada ze źródeł i opadów deszczowych”. Autorzy zwracali uwagę, że nie będzie więc najmniejszych problemów z napełnieniem oczyszczonej niecki czystą wodą. Pisali też o planach wielkomiejskich, że „ dziwi nas bardzo projekt tak kosztownego basenu [chodziło o jeden z basenów w nigdy nie zrealizowanym projekcie budowy Pałacu Młodzieży, o którym już pisałem], który może pomieścić zaledwie około 300 osób, wtedy kiedy mamy gotową plażę w Dojlidach, gdzie w dnie pogodne przebywa kilkanaście tysięcy mieszkańców Białegostoku”. Kończąc swój list z determinacją deklarowali, że „jedno jest pewne - że mimo iż staw plażowy w Dojlidach jest niezagospodarowany, woda nie nadaje się do kąpieli, to żadna siła nie powstrzyma mieszkańców ponad 100 - tysięcznego miasta od wypoczynku nad wodą w Dojlidach”.

O dalszym ciągu tej redakcyjno-obywatelskiej batalii o Dojlidy opowiem w przyszłym tygodniu.

Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.