Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Żołnierz wyklęty z Olesna dostał awans na majora. Przez lata musiał milczeć o walce z komunistami

Czytaj dalej
Mirosław Dragon

Żołnierz wyklęty z Olesna dostał awans na majora. Przez lata musiał milczeć o walce z komunistami

Mirosław Dragon

Miał 18 lat, kiedy poszedł do lasu, żeby w oddziale Babinicza walczyć z radzieckim okupantem. Dzisiaj ma prawie 90 lat i doczekał się honorów za swoją odwagę z lat młodości. Cztery lata temu Wincenty Soliński, żołnierz wyklęty z Olesna, dostał wysokie państwowe odznaczenie – Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Tydzień temu został awansowany na majora.

Za swoją odwagę musiał drogo zapłacić. Siedem miesięcy walki w Konspiracyjnym Wojsku Polskim kosztowało go karę śmierci. Po amnestii wyrok zamieniono na 10 lat ciężkiego więzienia. Zza krat wyszedł dopiero w 1956 roku.

Przez lata musiał milczeć o swojej przeszłości. W PRL-u nie było co się chwalić walką z komunistami. Lepiej, aby nikt o tym nie wiedział, żeby nie narobić sobie kolejnych kłopotów.

Kiedy Wincenty Soliński wyszedł po 10-letniej odsiadce, pojechał za pracą do Krapkowic, gdzie szukano ludzi do fabryki obuwia. Jednak kiedy kadrowy zobaczył w jego papierach, że Soliński odsiadywał długoletni wyrok jako więzień polityczny, pokręcił tylko głową: - Nie, bratku, dla takich my tutaj nie mamy pracy. W końcu Wincenty Soliński znalazł robotę na czarnym Śląsku. Do Olesna przeniósł się równo 50 lat temu, w 1967 r., za swoją żoną Olgą.

- Poznaliśmy się w słynnej Paulince, czyli kolejce kursującej między Olesnem a Praszką - opowiada Olga Solińska.
Dopiero po 1989 roku można było się przyznać do przeszłości w antykomunistycznym podziemiu. Żołnierze wyklęci dostali prawa
kombatantów wojennych i awanse na wyższe stopnie wojskowe.

- Najbardziej cieszę się z tego, że Polska jest dzisiaj bezpiecznym państwem, należącym do Unii Europejskiej i NATO - mówi Wincenty Soliński.

Ze swoich żołnierskich czasów nie ma dzisiaj już żadnej pamiątki, ani jednego zdjęcia. Co ciekawe, wszystkie zdjęcia żołnierzy podziemnych, jakie się zachowały, zostały zrobione... nielegalnie.

- Dowódcy surowo zabraniali fotografowania oddziałów. W razie wpadki dzięki zdjęciu UB mogłoby wszystkich po kolei wyłapać - mówi Wincenty Soliński. - Nam raz zrobiła zdjęcie dziewczyna z Parzymiechów. Ale nie widziałem nigdy tej fotografii. W 2013 r. na cmentarzu komunalnym w Wieluniu odsłonięto pomnik żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Jest na nim 46 nazwisk poległych. Wśród nich kolegów Wincentego Solińskiego i dowódcy Alfonsa Olejnika „Babinicza”, którego ciała po wyroku śmierci do dziś nie znaleziono.

Celem nie było zabijanie, nasi unikali ofiar

Kiedy UB mnie aresztowało, wiedziałem, że wyrok może być tylko jeden – kara śmierci. Uratowała mnie amnestia – mówi Wincenty Soliński, żołnierz wyklęty z Olesna.

Wincenty Soliński ma już prawie 90 lat, ale nikt nie dałby mu tyle. Trzyma się świetnie, mimo iż ma za sobą brutalne śledztwo w katowni UB i 10 lat ciężkiego więzienia. Surowo zapłacił za kilka miesięcy służby w Konspiracyjnym Wojsku Polskim.

Wincenty Soliński, pseudonim konspiracyjny „Stuk”, służył w oddziale „Babinicza”, który siał przerażenie wśród ubeków, milicjantów od Wielunia do Częstochowy. Był przekonany, że za walkę z komunistami za chwilę zapłaci głową. Po aresztowaniu przez ponad miesiąc był katowany w piwnicach UB w Wieluniu. Nie miał wątpliwości, że sąd wojskowy skaże go na karę śmierci. Nie pomylił się. Czekał w więzieniu na egzekucję. Życie uratowała mu amnestia.

Oddział „Babinicza” atakował posterunki MO, zatrzymywał pociągi, rozbrajał i... rozbierał żołnierzy

Ksiądz dostał za mszę 6 lat

Kilka miesięcy po zakończeniu wojny Wincenty skończył 18 lat. Stracił oboje rodziców. Ojciec Kacper zmarł z wycieńczenia na robotach przymusowych w Niemczech w 1944 r. Po jego śmierci żonie Franciszce pozwolono wrócić z dziećmi z Niemiec do domu, ale przyjechała z gruźlicą i zmarła już w lutym 1945 r. Wincenty też miał jechać z nimi na roboty przymusowe. Niemieccy żandarmi dali rodzinie 10 minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Wincenty wykorzystał ten czas, żeby wyskoczyć przez okno. Wtedy po raz pierwszy uciekł do lasu. Później pracował w cegielni w Mokrsku. Jesienią 1944 r. Niemcy zabrali go do kopania okopów. Kopał je aż do nadejścia Armii Czerwonej w styczniu 1945 r.

W 1945 roku do rodzinnego Wróblewa koło Wielunia z wojny wrócił też starszy o kilka lat Jan Wyrębak, który w czasie wojny działał w Armii Krajowej. To on zwerbował Wincentego do tworzonego oddziału podziemia antykomunistycznego. Oddział formował Alfons Olejnik, pseudonim Babinicz.

- Do oddziału wstąpiło wielu chłopaków z naszych stron: z mojego Wróblewa trzech, dwóch ze Skomlina, czterech z Przedmościa koło Praszki – opowiada Wincenty Soliński. – Kiedy oddział został sformowany, poszliśmy do lasu. 3 maja 1946 roku w lesie odprawiono uroczystą mszę świętą, podczas której ponad 60 partyzantów złożyło przysięgę „Babiniczowi”.
- Mszę odprawił ksiądz Krzemiński z Praszki. Później za to odsiedział swoje. Sześć lat dostał – mówi Wincenty Soliński.
Oddział „Babinicza” należał do Konspiracyjnego Wojska Polskiego, poakowskiej organizacji podziemia antykomunistycznego, utworzonej w kwietniu 1945 r. przez Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”.

- Batalion „Babinicza” o kryptonimie „Jastrzębie” (w czerwcu 1946 r. zmienionym na „Oświęcim”) był jednostką Pogotowia Akcji Specjalnej, wzorowany był na AK-owskich oddziałach Kedywu – informuje dr Ksawery Jasiak z opolskiej delegatury Instytutu Pamięci Narodowej. – Wysiłek oddziału dowodzonego przez porucznika Olejnika w dramatycznym okresie powojennej Polski był desperacką samoobroną przed reżimowymi siłami „władzy ludowej”.

Sowietów puszczali w skarpetkach

Koniec wojny nie oznaczał bynajmniej, że nadeszły spokojne czasy i nikt nie musiał obawiać się o swoje życie.
Kiedy Alfons Olejnik jesienią 1945 roku wrócił do rodzinnego Skomlina, był świadkiem skazania na śmierć przez Wojskowy Sąd Doraźny 3 młodych ludzi za posiadanie broni. Sąd odbywał się na miejscu, bez udziału obrońców, wyrok nie podlegał apelacji. Egzekucję wykonano już po 12 godzinach. To po tym zajściu Alfons Olejnik postanowił wrócić do podziemia. Walcząc z Niemcami, używał pseudonimu „Kmicic”. W walce z Sowietami nazwał się „Babinicz”. Po wyjściu do lasu partyzanci przeszli najpierw szkolenie wojskowe. 
- Broni po wojnie było dużo. Mieliśmy w oddziale polskie wisy, niemieckie parabellum, colty i nagany, radzieckie pepesze i niemieckie MP40, mieliśmy nawet pancerfaust! – opowiada Stuk. – Głównym celem naszego oddziału było zrobienie dużego szumu, że Polacy się bronią przed okupacją radziecką. Celem naszych akcji nie było zabijanie. Nasi dowódcy unikali ofiar.

Żołnierze „Babinicza” siali jednak panikę w lokalnych strukturach milicji i Urzędu Bezpieczeństwa swoimi brawurowymi akcjami. Atakowali posterunki MO, zatrzymywali pociągi, wymierzali publiczne kary chłosty milicjantom i aktywistom komunistycznym, a nawet rozbrajali i rozbierali z mundurów żołnierzy radzieckich, puszczając ich – dosłownie – w skarpetkach! Rozbieranie żołnierzy Armii Czerwonej służyło nie tylko ich upokorzeniu, ale miało też praktyczne znaczenie.

- W niektórych akcjach nasi żołnierze ubierali się w radzieckie mundury. Bo nikt nie śmiał zatrzymywać do kontroli Sowietów – mówi Wincenty Soliński.

- Siedmiomiesięczna działalność dywersyjna oddziału „Babinicza” doprowadziła do sparaliżowania administracji komunistycznej, a szczególnie posterunków MO – podkreśla dr Ksawery Jasiak.

W sierpniu 1946 r. oddział został podzielony na cztery plutony. Wincenty Soliński trafił do III plutonu, dowodzonego przez Jana Wyrębaka „Wilgę”. Żołnierze „Babinicza” pieniądze na żołd i wyposażenie oddziału zdobywali w napadach na kasy zarządów gminnych, spółdzielni i urzędów pocztowych. Przy każdym takim napadzie wydawali pokwitowanie za zarekwirowane pieniądze. Kwity były opieczętowane stemplem o treści „D-two Oddziałów KWP, KWzB” i podpisem dowódcy pododdziału.

Akcja w Praszce i Bodzanowicach

W sobotę 11 maja 1946 r., wieczorem, cały 60-osobowy oddział pod dowództwem „Babinicza” obstawił Praszkę. W miejscowej spółdzielni zarekwirował ubrania, mięso i wędliny oraz motocykl, który był własnością rzeźnika Merdka. Czterech żołnierzy z oddziału udało się do sekretarza koła komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej w Praszce, aby wymierzyć mu karę chłosty za denuncjowanie AK-owców. Sekretarzowi udało się uciec z domu, na ulicy wpadł jednak na sekcję zwiadu „Jodły” i „Jędrusia”. Próbował uciekać, został zastrzelony. Żołnierze „Babinicza” zarekwirowali także dwa konie od Juraszki, mieszkającego koło plebanii w Praszce.

W nocy we wtorek 4 czerwca 1946 r. oddział „Babinicza” zdobył posterunek Milicji Obywatelskiej w Pajęcznie.

- Moim zadaniem było wejście na słup i przecięcie przewodów telefonicznych – wspomina Wincenty Soliński. – Milicjanci bronili się, zaczęli wyrzucać granaty przez okno, ostrzelaliśmy ich z pancerfausta.

Po krótkiej walce milicjanci poddali się. Na komendancie Leonie Sypniewskim partyzanci wykonali egzekucję. Kiedy pozostałych milicjantów odprowadzano w kierunku rynku, milicjant Kozak rzucił się do ucieczki. Został zastrzelony.

Komunistyczne władze próbowały dopaść partyzantów. 13 czerwca 1946 r. pluton operacyjny UB z Wielunia namierzył żołnierzy „Babinicza” w okolicach Praszki. Ubecy przegrali jednak potyczkę, w walce zginęło dwóch funkcjonariuszy.

15 czerwca funkcjonariusze UB i KBW (Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego) namierzyli partyzantów w lasach koło Wróblewa. Tym razem w potyczce zginął jeden z żołnierzy KBW.

- Ubecy mieli większe straty, ale u nas też byli ranni – opowiada żołnierz wyklęty z Olesna. Wśród żołnierzy „Babinicza” byli też polegli: w akcji 5 maja 1946 r. zginął Stefan Urbański „Rzeźnik”, 28 października 1946 r. poległ Eryk Matuszczyk „Kozak” z Przedmościa.

- W samym tylko okręgu wieluńskim, skąd pochodzę, zginęło łącznie 46 żołnierzy wyklętych - mówi Wincenty Soliński. – Pomnik z ich nazwiskami odsłonięto w 2013 r. na cmentarzu w Wieluniu.

- Nad ranem 24 czerwca 1946 r. „Babinicz” zaatakował posterunek MO w Oleśnie – przypomina dr Ksawery Jasiak.
- Dokładniej to był posterunek milicji w Bodzanowicach koło Olesna – uściśla Wincenty Soliński. – Akcją dowodził „Szary”, czyli brat „Babinicza”, Mieczysław Olejnik. Poszliśmy nocą, żeby wejść znienacka, ale okazało się, że drzwi do posterunku są zamknięte. „Szary” nie chciał walki, żeby uniknąć strat w ludziach. Powiedział: „Rano ktoś musi przecież przyjść na posterunek”. Miałem za zadanie obserwować ten posterunek. Rano przyszła sprzątaczka. Weszliśmy za nią. Zdobyliśmy ten posterunek bez walki, nikt nie zginął. W biały dzień, o godz. 11.00 wracaliśmy do Parzymiechów. Po dwóch godzinach nadjechały ciężarówki, rozpoczęła się obława na nas.

Pluton operacyjny UB z Olesna ścigał partyzantów, ale wpadł w zasadzkę w okolicy wsi Grabów i musiał się wycofać.
- Rozbiliśmy pancerfaustem ich samochód, podobno zginęło trzech ubeków – mówi Wincenty Soliński. W nocy z 29 na 30 czerwca żołnierze „Babinicza” zatrzymali pociąg na stacji Janinów. 60 partyzantów rozbroiło oficerów i żołnierzy Armii Czerwonej i Ludowego Wojska Polskiego.

Ta akcja była tak spektakularna, a z punktu widzenia komunistycznego reżimu – bezczelna, że okoliczne jednostki Urzędu Bezpieczeństwa rzuciły wszystkie siły, żeby dopaść partyzantów.

W nocy z 27 na 28 lipca 1946 r. siły MO i UB, wsparte plutonem KBW, zaatakowały żołnierzy „Babinicza” koło Parzymiechów. W walce zginął Adam Wiktor „Wichura” oraz trzech funkcjonariuszy UB. Udało się wymknąć z obławy, ale nad żołnierzami podziemia zaczęły zaciskać się macki reżimu. 27 czerwcu 1946 r. aresztowano komendanta głównego Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”.

„Babinicz” rozwiązał czasowo swój oddział (w żołnierskim żargonie mówiło się „rozpuścił na meliny”). Podkomendnych zwołał do lasu ponownie w październiku. W nocy z 13 na 14 października 1946 r. między stacjami PK P Janinów i Pątnów leśni zatrzymali ponownie pociąg, rozbroili żołnierzy polskich i radzieckich, a także zdarli z nich mundury.

- Ostatnią naszą dużą akcją było zatrzymanie pociągu w Cykarzewie w listopadzie 1946 r. - wspomina Wincenty Soliński.
Żołnierze „Babinicza” planowali też zdobycie siedziby UB w Wieluniu. Ubecy organizowali jednak już niemal dzień w dzień na nich obławy w lasach. Oddział codziennie musiał zmieniać miejsca pobytu. Do obław zaangażowano dodatkowo oddziały ze szkół oficerskich.

W końcu „Babinicz” ponownie rozwiązał czasowo swój oddział. Pojechał do Warszawy razem ze swoim nowym zastępcą Janem Wieczorkiem „Hubertem”, znajomym z AK z czasów wojny.

- Okazał się on jednak wtyczką UB. W Warszawie postrzelił „Babinicza”, zabrał mu teczkę z pieniędzmi, ubecy aresztowali całą grupę naszych żołnierzy - opowiada Wincenty Soliński.

Alfons Olejnik usłyszał wyrok śmierci. Został stracony 18 lutego 1947 r.

Wincenty Smoliński ukrywał się, ale ubecy złapali go w lutym 1947 r. Trafił do aresztu śledczego UB w Wieluniu. - Nie było ani jednego przesłuchania bez bicia - mówi Wincenty Soliński. - Katowali mnie tak ponad miesiąc.

Rejonowy Sąd Wojskowy w Łodzi skazał go na karę śmierci. Na mocy amnestii wyrok zamieniono na 10 lat więzienia. Wincenty Soliński odsiedział cały wyrok. Najpierw przez pół roku w Wieluniu, później w zakładach karnych w Rawiczu i Nowogardzie.
- Więzienia były zapchane. W celi wielkości małego pokoju siedziało 12 osób. Smród był jak licho - mówi Wincenty Soliński. - Za najmniejsze złamanie regulaminu wsadzali nas na 48 godzin do karceru. Było to ciasne pomieszczenie, pełne wilgoci. Stało się tam w wodzie, w zupełnej ciemności, bez jedzenia i picia, a także bez możliwości snu. Z więzienia wyszedłem w 1956 roku.
Żołnierz wyklęty dopiero w wieku 30 lat dokończył podstawówkę. Później poszedł do wieczorowego technikum budowlanego i zdał maturę.

Do Olesna Wincenty Soliński trafił w 1967 roku za swoją żoną Olgą. Pracował jako majster budowlany, budował m.in. największe osiedle mieszkaniowe w Oleśnie przy ul. Słowackiego.

W 2014 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

- Byłem wtedy chory i niestety nie mogłem pojechać do Warszawy na uroczystość wręczenia odznaczenia przez ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego - mówi Wincenty Soliński.

W ubiegły piątek w Oleśnie dowódca opolskiego Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego płk Dariusz Kaminiów wręczył Wincentemu Solińskiemu awans na stopień majora.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Kuriera Porannego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Kuriera Porannego
  • codzienne e-wydanie Kuriera Porannego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Mirosław Dragon

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.