Zupa do lepszego świata. Jak Zupa na Głównym - organizacja pomagająca potrzebującym z Poznania - zmienia życie ludzi

Czytaj dalej
Fot. Fot. Waldemar Wylegalski
Leszek Waligóra

Zupa do lepszego świata. Jak Zupa na Głównym - organizacja pomagająca potrzebującym z Poznania - zmienia życie ludzi

Leszek Waligóra

Czy miska zupy może zmienić życie? Uratować? A 100 misek? A 11 tysięcy misek może? Przez 4 lata ich zupę zjadło już 11 tysięcy osób. Uratowała kogoś? – Tak. Jak uratuje 1 osobę na 100 to już było warto. A zupa? Zupa to tylko pretekst – mówi Wiola z Zupy na Głównym. I kręci chochlą w kolejnym garze, jednym z dwóch, każdy po 47 litrów. Mały kawałek wkładu do tego gara kroiłem. Czy kogoś uratuje?

Mikołaj miał 34 lata, gdy wyłowili go z tłumu ludzi. Przez hazard wylądował na ulicy, ale nie zdążył, jak inni, utonąć w alkoholu, towarzystwie, bezsilności. Zgarnęli go z dworca, znad tej miski zupy, bo o to błagał, nie chciał tak żyć. Ale do nikogo innego po pomoc nie poszedł. Potem było schronisko, mieszkanie wspierające, a teraz… Teraz Mikołaj wynajmuje mieszkanie, pracuje, spłaca długi. Jeden na stu?

Zupa wcale nie na Głównym

Na stole trzy ceraty. Pierwsza – na czas krojenia składników. Druga – gdy przyjdzie czas robienia kanapek. Trzecia, na koniec, tak za dwie godziny, gdy wspólnie usiądą i spróbują swojej zupy, która godzinę później trafi na poznański dworzec. Wcale nie na Główny, bo „Zupa na Głównym” tak naprawdę podawana jest na Zachodnim. Ale teraz kroją, obierają i opowiadają.

Jedni – tak co tydzień, co sobotę. Inni – tylko dziś, pierwszy raz. Może drugi. Albo któryś, bo wpadną tylko czasem, gdy mogą. Wpadną na chwilę, na godzinę, dwie. Jak nie tu, to podawać tam, na dworcu. Niezmienna jest tylko para napędowa: Boguszowie. W kuchni uwija się Wiola Bogusz (Wioletta, ale woli tę Wiolę), szefowa stowarzyszenia i Kasia, profesor. Do „garów” dostęp mają tylko ci z uprawnieniami. Wiadomo, sanepid.

Zanim ta dawna rudera w podwórzu bloku na Przemysłowej, na poznańskiej Widzie, zamieniła się w schludną kuchnię, gotującą niczym stołówka niemal dla setki osób, musiała przejść gruntowny remont, podprowadzenie wody, odprowadzenie kanalizacji, zapewnienie ogrzewania, wyciągu. Potem były odbiory, zgody, papierki. A oni i tak już gotowali. I działają.

Kroimy

Noże w dłoń i kroimy przy długim stole, w przedsionku kuchni. Jest jeszcze jedno pomieszczenie, to raj kobiet. Tych, które raz w tygodniu mogą tu przejść, wziąć prysznic, wyprać ubrania. Bez swoich mężczyzn, albo ulicznych opiekunów. W sumie – często są i jednym, i drugim. A czasem – jak dopowiada mi ktoś z odrazą – zamieniają się w alfonsów.

Kobiety ten jeden dzień w tygodniu, bez mężczyzn, są same. A raczej: są one i ci, którzy chcą im pomóc. Nie na dworcu, ale tutaj, na poznańskiej Wildzie. Tam, na dworzec, co tydzień – jak głosi napis na maleńkiej wizytówce - rozdawane jest co sobotę: 80 litrów zupy (dziś 94), 150 kanapek, 100 porcji ciasta, 10 litrów kawy, 5 litrów herbaty, a „zimą dwukrotnie więcej”. Do tego paczki z ubraniami, kosmetykami, produktami pierwszej potrzeby. I te wizytówki, na odwrocie których napis głosi: W każdy wtorek w naszej siedzibie, czeka na Ciebie psycholog, lekarz psychiatra, pracownik socjalny, prawnik. „Porozmawiajmy! Zrób pierwszy krok”.

- Zupa? Zupa to tylko pretekst do kontaktu. Jak uratujemy 1 osobę n 100 to już było warto – powtarza Wiola.

Większe te kawałki!

Tymczasem kroimy. Kroi paprykę Magda, na co dzień prowadząca biuro rachunkowe. Czy to talent do liczb, czy wybitna pamięć, ale o Magdzie słyszę później: ona to zna każdego z dworca. Zna, bo prowadzi ich rejestr. Tego, kto i co dostaje, jaki ma numer buta, a jaki numer kołnierzyka.

– Kiedyś rozdawaliśmy wszystko jak leci – ale potem okazało się, że część otrzymanych od nas rzeczy dzień później lądowała na targowisku w Starej Rzeźni. Teraz pilnujemy co, kto dostał i jak często potrzebuje

- mówi.

Wielka micha papryki do krojenia skończyła się, na stół trafia micha marchwi.

Kroi Gosia, na co dzień – przedstawiciel handlowy. Ale tego dowiem się później, bo Gosia zanim spotka ją medialna sława, rozpływa się w powietrzu. Najpierw pokroiwszy wszystko, co się dało.

Kroi też Jacek, mąż Wioli. Jak mówi: on tu jest od zapewnienia środków na dom, bo „Zupa na Głównym” to robota na pełen etat dla Wioli. – Ale krój większe kawałki, bo to się wszystko w garze rozpadnie – strofuje moje nieporadne ręce.

Dziś powstają dwa gary gulaszu węgierskiego. Choć przydałby się chłodnik, bo temperatura na zewnątrz już przekracza 36 stopni. Upał? W kuchni jest prawdziwe piekło. I to mimo olbrzymiego wyciągu, który pochłania wszystkie kuchenne zapachy, a przy krojeniu kilogramów cebuli pozwala nie płakać.

A teraz wielka micha pieczarek. Kroi też Ewa, która wkrótce przejmuje komendę nad stołem, bo do posmarowania, obłożenia i spakowania wjeżdża ponad 100 kanapek. – Równo układaj, co tu mieszasz – komenderuje. Dziś „Zupa na Głównym” nie musi się martwić o wkład do gara. Funduje Concordia, a Ewa to jej prezeska. Jakoś zupełnie nie widać.

Czasem zupa ma sponsora, co tydzień regularnie mięso – bo zupa nie zawsze jest wegetariańska – dostarcza Whiskey in the Jar. Najbardziej oddany z darczyńców. Poznańska restauracja, podobnie jak inni, korzyść z tego ma żadną, nikt nie chwali się przecież, że jadł zupę na mięsie z Whiskey. Ale mięso co tydzień jest.

Ciułanie

A jak sponsorów nie ma? – Czasem nie było, dokładaliśmy – wzrusza ramionami Jacek.

W czerwcu środki stara się zapewnić zbiórka – „Żądamy chleba”. To hasło nieśli na transparentach robotnicy Poznańskiego Czerwca. Aż kilkadziesiąt lat później uczcić rocznicę poznańskiego buntu postanowiło – dzięki temu hasłu – kilkoro zapaleńców: ci działający w Zupie na Głównym, Jacek Polewski, właściciel Piekarni Czarny Chleb (to on pierwszy rzucił: wpadniesz na krojenie?), Tomasz Lisiecki, właściciel agencji PR i społecznik Michał Walkowiak. Finał co roku dokładnie 28 czerwca (w tym roku w miejscu szczególnym, tramwaju na Półwiejskiej, kuchnia serwowała rumpuć).

A później? Następny dobry okres jest tuż przed Bożym Narodzeniem, gdy ruszają się ludzkie serca i portfele. – A później stowarzyszenie musi z tego wyżyć nieraz cały rok – mówi Wiola.

Wyżyć – bo nie tylko żywić - oznacza choćby opłacenie 2400 zł comiesięcznego czynszu za kuchnię. Miasto wciągnęło „Zupę na Głównym” na listę organizacji, które mogłyby korzystać z miejskiego lokalu za darmo, ale póki co – płacą. Płacą też za samochody. Na razie nie muszą płacić za jedno z mieszkań, do którego trafiła trójka uciekających przed Wojną nastolatków z Ukrainy. Sponsor jest. Ale jak sponsor przestanie płacić?

A w planach rozwój. Tuż przy wejściu w bramę za szklaną witryną kryje się pusty, miejski lokal. Kawałek wolnej przestrzeni, po schodkach w górę. Za mało na sklep, w sam raz na przychodnię dla bezdomnych. Dziś profesjonalną opiekę medyczną dla bezdomnych zapewniają wolontariusze medycy, czasami wspomagani przez studentów medycyny. Gdy w soboty na dworcu jedni pałaszują zupę, obok trwa walka o zdrowie. Pogryzienia, pobicia, urazy, choroby. Drobna ranka, którą w domowych warunkach popryskana octeniseptem zagoiłaby się w tydzień, u człowieka żyjącego na ulicy przekształca się w ropiejący powód do amputacji nogi. Tak jak ostatnio.

– 8 godzin czekaliśmy z naszym podopiecznym do chirurga. A on zalecił codzienne zmiany opatrunku, przebywanie w ciepłym, suchym i spokojnym otoczeniu. Człowiekowi bezdomnemu… Na kolejną zmianę opatrunku znów, człowiekowi z ropiejącą raną uda, przyszło czekać w ośmiogodzinnej kolejce – mówi Wiola. - To teraz ja jeżdżę i zmieniam mu te opatrunki. A każdy 35 złotych.

Na te nieszczęsne opatrunki pieniądze dała teraz Fundacja Się Pomaga. Starczy na pół roku.

Na przychodnię nie starczy. Czynsz – 4 tysiące miesięcznie. Póki co, poza zasięgiem. Sponsora na stałą opiekę nad bezdomnymi nie widać. Bezdomni nie są „seksi”.

Ci z dworca

Wcale nie są z dworca. Śpią w piwnicach, na klatkach schodowych, w opuszczonych ruderach, szklarniach, własnoręcznie zbudowanych szałasach, latem – na ławce w parku. Ale pół godziny przed przyjazdem na dworzec dwóch furgonetek Zupy, już można ich tam wypatrzeć. Małymi grupkami, po dwóch, po trzech, przysiadają. Na ławeczkach, na murkach, gdzieś w cieniu. Omijani skwapliwie przez podróżnych. Bo wyczuwalni.

Najpierw jest zapach. Zatęchła mieszanina wszystkich zapachów człowieka, czasem podbita jeszcze nutą przetrawionego alkoholu. Potem twarze. Ogorzałe, czasem posiniaczone, z babrzącymi się ranami. Spalone słońcem ramiona, z których trudno odczytać wyblakłe tatuaże. Niektórzy ubrani porządnie, czysto, w ciuchy z markowymi napisami. Po ubraniach trudno ich odróżnić od zwyczajnych przechodniów.

A potem te staruszki z brzuchami. Pomarszczone, zniszczone, czasem bezzębne. Tylko ten brzuch. Jak zechcą – będą potem z dzieckiem i wcale nie na ulicy. Ale najpierw trzeba chcieć. A teraz… teraz tylko te brzuchy świadczą, że to nie staruszki. I metryki, z której wyspowiadają się potem na murku Agnieszce Woźnicy. Opiekun socjalny, psycholog, a może i spowiednik w jednym. Swój konfesjonał prowadzi na murku, pod drzewem, na ławeczce. I zagaduje.

– Co słychać – od tego się zaczyna. A potem? A potem to już leci. Co robisz, czy masz pracę, gdzie śpisz, co się dzieje, jak tu trafiłeś, trafiłaś. Mówię im: pan, a oni mnie poprawiają: żaden pan. Tłumaczę, że to grzeczności, a oni: na pana to trzeba mieć wygląd i pieniądze

– wyjaśnia tajemnicę swoich długich rozmów z bywalcami tego miejsca. Też próbuję. Z nutą obrzydzenia i szybko pojawiającego się zniechęcenia, gdy zagadywani panowie próbują się popisywać.

– Dlatego zapraszamy ich na wtorki, na Przemysłową. Tu trudno im się otworzyć, trudno mówić prawdę, mają swoich hersztów, szefów, swoistą hierarchię. Tam mogą się wygadać, a jak chcą coś zmienić – to początek – mówi Agnieszka i zaraz znów tonie w rozmowie z kolejną osobą. Teraz już zaczepiają ją sami. Jak niektórzy skwapliwie zaznaczają: w cztery oczy, bez dziennikarza.

- Chyba trzeba pozbyć się węchu – szepczę jeszcze.

– Węchu też. Ale trzeba nauczyć się okazywać empatię. Empatię, a nie litość. Litości nie cierpią.

Bezdomni pochłaniają Agnieszkę. Opowiadają jej swoje historie, z których część to wiarygodne, ale jednak fantasmagorie, zmieniane na potrzeby rozmówcy. Mało kto chce przyznać się, że wylądował na ulicy przez własne słabości, uzależnienia. I tylko przez nie z tej ulicy nie może wrócić. Każde schronisko, przytulisko, mieszkanie przejściowe ma wymóg: trzeźwość.
Z kolei te prawdziwe historie brzmią jak fantazje wyssane z palca. Tak jak ta o kobiecie, która spędziła kilkanaście lat – zanim ją wyciągnięto z dołka - śpiąc na poznańskich klatkach schodowych, jednocześnie codziennie pracując jako urzędnik. I te o małolatach, dzieciach właściwie, które wyleciały z domu na ulicę przez jakiś rodzinny konflikt. O ludziach bogatych, którzy stali się biedni. I biednych, którzy już niżej upaść nie mogą… a jednak mogą.

Ci nie z dworca

Też stoją w kolejce. Ale bardziej nieśmiało, wstydliwie. A czasem ostentacyjnie. Niektórzy: bo bieda. Bo jest mieszkanie, ale emerytury starcza tylko na opłaty, a gdzie jedzenie? Inni: bo starość, bo samotność. Co sobotę na Przemysłową zagląda starszy pan, ze słoikiem, po zupę. Sąsiad, nie stoi w kolejce. Ale na dworcu można wypatrzeć i takich staruszków. W pandemii zaczęli stawać młodsi. I teraz wszyscy spodziewają się, że zacznie ich w kolejce przybywać. Kryzys. Zdarzali się też uchodźcy z Ukrainy, ale ich coraz mniej. Zdarzają się i…

- Ludzie, nazwijmy to, dziwni. Poplątani, zagubieni. Dziwacy. Jeden z naszych podopiecznych ma dom. Ale dom wypełnił zbieranymi gratami, śmieciami, teraz nie ma tam już miejsca. Śpi więc w ogródku – opowiada Jacek.

Agnieszka opowiada mi o mieszkańcu działek rekreacyjnych, właścicielu 2 mieszkań w Poznaniu. Dlaczego więc działki? Bo tak. Wśród bezdomnych niczym generał kręci się Tomasz. Tomasz, dorosły mężczyzna z zespołem Downa, nie wygląda jak mieszkaniec ulicy. Wita się wylewnie z ludźmi Zupy, po czym zaczyna rozlewać gulasz do jednorazowych kubków. Obiecuje mi rozmowę, ale potem pochłania go praca.

Najpierw była Dzielnica cudów

- Najpierw była dzielnica Cudów, jeszcze w Dzierżoniowie – mówi Jacek Bogusz.

Czyli? - To było takie osiedle, pełne ludzi po przejściach, ten pił, tamtemu się życie waliło. A człowiek jak mógł, to pomagał. I chyba wtedy jakiś harcerz się w nas obudził. Chcieliśmy pomagać. Bo jeśli wierzysz, że życie ludzkie jest wiele warte, to będziesz pomagał.

I tak powstała Zupa na Głównym. Na początku to była część Zupy Wolności, ale koncepcje były różne, rozeszły się. Efekt? Takich inicjatyw jak Zupa na Głównym jest w Polsce pełno. Ale wszystkie przy kościele, przy Caritasie. – A nasza to jedyna w Polsce zupa świecka – śmieje się Jacek.

Choć zaraz dodaje, że drzwi stoją otworem dla każdego. Byli więc z pomocą i muzułmanie, byli i mormoni. Ale bez szyldów i bez nawracania. Przez Zupę na Głównym z jednej strony przewinęła się i wciąż przewija galeria tragedii, i ludzkich nieszczęść, złamanych karier i życiorysów. A z drugiej – tych, którym się powiodło, w życiu, w rodzinie, w biznesie. I oddają. Swoje pieniądze, swój czas, pracę, czasem tylko biegłość – lub nieporadność – w krojeniu marchewki. Zawsze coś.

***

Traficie. Ale najpierw się umówcie. Na domofonie przycisk z dopiskiem: Zupa. Małe podwórko na poznańskiej Wildzie, zabudowane ni to barakami, ni to dawnymi garażami. Z jednego z nich tuż po godzinie 13., w każdą sobotę, czuć intensywny zapach gotowanego obiadu. Nie byle jakiego, bo to dwa gary, każdy po 47 litrów zupy. Pod wieczór nic z nich nie zostanie. Około godziny 17.30 te dwa gary, w asyście innych przekąsek, staną na Dworcu Zachodnim. Gdzieś z boku zaparkuje może karetka pogotowia z ratownikami i medykami, którzy nie brzydzą się pomagać. I tak od czterech lat, co sobotę. A do nich kolejka. I co jakiś czas z tej kolejki ktoś wyrwie się do lepszego świata. Może i wyrywałoby się ich więcej, gdyby pomagające bezdomnym stowarzyszenie samo nie było gdzieś na szarym końcu stowarzyszeń, którym pomagają ludzie, urzędy, firmy, instytucje.
Jeśli więc zechcecie pomóc, zajrzyjcie tu: www.facebook.com/ZupaNaGlownym
A wpłacić możecie tu:

62 1540 1056 2105 0000 6480 0001

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Leszek Waligóra

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.poranny.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.