Prezydent Truskolaski, sukcesja i widoki na nowy Białystok. Krajobraz powyborczy

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Tomasz Maleta

Prezydent Truskolaski, sukcesja i widoki na nowy Białystok. Krajobraz powyborczy

Tomasz Maleta

Prezydent Tadeusz Truskolaski ponownie wygrał w pierwszej turze, PiS w takim samym liczebnie składzie zameldował się w radzie miasta Białegostoku, ale nadal w opozycji. Partyjny układ ani drgnął w posadach, co najwyżej ostał się w nieco odświeżonej konstelacji. W zasadzie można powiedzieć, że na wschodzie bez zmian, a wybory z 7 kwietnia nic, poza przetasowaniem z niektórymi nazwiskami, w gruncie rzeczy nic nie zmieniły.

Tadeusz Truskolaski

Po raz piaty został prezydentem, po raz trzeci wybranym już w pierwszej turze. 7 kwietnia było w Białymstoku w 191 obwodów do głosowania. Frekwencja w wyborach na prezydenta wyniosła 50,31 proc( 212 381 uprawnionych do głosowania). To o 3 proc. mniej niż przed 5,5 laty. W październiku 2018 roku przy urnach stawiło się 119 905 wyborców z 222 722 uprawnionych. Ten spadek widać też w głosach oddanych na Tadeusz Truskolaskiego. Zdobył ich o 10 tys. mniej niż w 2018 r., ale to wystarczyło, by ponownie rozstrzygnąć wybory na swoją korzyść już w pierwszej turze. Otrzymał 56 591 głosów (53,32proc.).

Bez wątpienia tym, co przesądziło, że w Białymstoku obeszło się bez drugiej tury, było niewystawienie przez Trzecią Drogę, a w zasadzie Polskę 2050, własnego kandydata na prezydenta. W pewnym sensie, oprócz układanek wyborczych, był to symboliczny rewanż za poparcie przez prezydenta Macieja Żywny na senatora w październikowych (2023) wyborach parlamentarnych.

Nie da się też ukryć, że początek kampanii nie był zbyt udany dla prezydenta. Już w chwili startu, a później w wywiadzie w „Porannym”, zobaczyliśmy zmęczonego włodarza, który bardziej musi niż chce. A jednym z głównych powodów kolejnej walki o reelekcję był brak naturalnego następcy. Kwestia sukcesji i dziedzictwa (tzw. sierotyzm prezydencki) to nie od dziś największy problem białostockiej sceny samorządowej skupionej wokół Tadeusza Truskolaskiego. W skrócie: bez seniora Truskolaskiego ani rusz.

Już po wygranej prezydent zapowiedział, że ze względu na prawo (dwukadencyjność), a jeśli by się nawet zmieniło, to na pewno ze względu na Pesel, jest to jego ostatnia kadencja. Z kolei tuż przed wyborami w dyskusji w Radio Rebeliant zadeklarował, że jest już jego potencjalny następca, ale nie będzie zdradzał tego nazwiska, by nie spalić go za wcześnie. Tyle, że trudno oczekiwać, by kolejne pięć lat terminowania było wystarczającym okresem, by wejść w buty prezydenckie, skoro nie wystarczyła na to prawie dekada (od końca drugiej kadencji).

Niemniej trzeba przyznać, że pomimo początkowego okresu takiej „konieczności mimo woli” kampania prezydencka nabrała tempa (choć niektóre propozycje w niej serwowane przez sztabowców miały coś z tych zaordynowanych Bronisławowi Komorowskiemu w 2015 r). Widać było, że prezydent stara się bardziej niż wymagała tego sytuacja w miarę ogłaszania nazwisk kolejnych kontrkandydatów. Jak paradoksalnie zauważył jeden z obserwatorów białostockiej polityki – był bardziej i częściej obecny w mieście niż w wielu miesiącach ostatniej kadencji. Sprzyjała temu zapewne też statyka kampanii, która w odróżnieniu od poprzednich, okazała się - lekko pisząc - mało dynamiczna.

Co prawda ze względu na układ sił w nowej radzie prezydent jest w mniej komfortowej sytuacji niż w 2018 roku, ale na tyle wystarczającej, by w pełni opierać się na uzysku mandatowym swojego obozu. Zresztą po wygranej sam Tadeusz Truskolaski przypomniał, że już nieraz większości mandatowej w radzie z początku kadencji nie udało się utrzymać do końca. Ponadto w myśl porozumienia przedwyborczego z Polską 2050 może liczyć na jej wsparcie. Co więcej, wynik osiągnięty przez ugrupowanie Szymona Hołowni pod znakiem zapytania stawia z kolei zobowiązanie prezydenta z umowy przedwyborczej o funkcji wiceprezydenta od spraw społecznych dla Polski 2050. A jeśli nawet, to na pewno nie na każdego zaproponowanego kandydata się zgodzi. Już w przeszłości prezydent w tej materii wykazał się stanowczością i to wobec własnego środowiska. Zresztą jeden mandat Trzeciej Drogi zdobyła radna, która przez ostatnie prawie sześć lat, aktywnie wspierała prezydenta. Tak więc przy połowie mandatów uzyskanych w radzie przez KO zapowiada się pięć lat spokojnego życia.

Co prawda już po wygranej prezydent zapowiedział trudne decyzje, ale tylko wtedy, gdy większość mieszkańców będzie je akceptować. Nawet jeśli nie, to trudno sobie takowe dziś wyobrazić. Nie będzie nią ani decyzja o usunięciu przeszkód lotniczych na Krywlanach, ani sprawy związane z budową hali sportowej, ani aquaparku. Być może nie ma już takiej trudnej materii w mieście. No chyba, że po dziesięciu latach od otwarcia i po wykupie ostatnich obligacji, prezydent wystawiłby na sprzedaż Stadion Miejski z całym dobytkiem inwentarza. Albo inaczej: stadiom miejski, a spółkę nią zarządzają dorzucił gratis. Dopiero taką decyzję, na miarę tej o sprzedaży MPEC- z 2012 roku, można określić jako trudną, ale zarazem odważną.

Henryk Dębowski

Na kandydata PiS zagłosowało 35 495 osób (33,45%). To o 240 głosów mniej niż w 2018 roku otrzymał kandydat PiS Jacek Żalek, ale procentowo więcej o 3,24. I niemal tyle samo ile padło na listę PiS w wyborach do rady miasta 7 kwietnia 2024. To jasno pokazuje i potwierdza jeszcze raz wieloletnią kampanię, że by marzyć kiedykolwiek o prezydenturze, PiS musi wyjść poza szeregi własnej partii. I poniekąd zrobić taki manewr jak Platforma Obywatelska z Tadeuszem Truskolaskim w 2006 roku. Tyle że z uporem maniaka PiS w każdych kolejnych wyborach robi na przekór. Skutek jest taki, że dopóki startować będzie prezydent, dopóty PiS będzie oglądał jego plecy.

Niemniej jak zauważył na łamach „Porannego” w powyborczej ocenie socjolog Maciej Białous: „W pewnym sensie komfortowość sytuacji Henryka Dębowskiego polegała na tym, że on w zasadzie nic nie musiał, a wszystko mógł. Startował trochę z pozycji czarnego konia. Jego kampania była oczywiście bardzo krótka, nie było zbyt wiele czasu na merytorykę. Ale też wydaje mi się, że Henryk Dębowski pokazał się jako bardzo aktywny kandydat, zarówno jeżeli chodzi o takie pokazywanie siebie na reklamach wielkoformatowych, ale też w ogóle jako osoby, która starała się aktywnie komentować sprawy związane z miastem, spotykać się z mieszkańcami i tak dalej. Wydaje mi się, że bardzo dobrze wykonał tę pracę”.

Paradoksalnie za dobrą na radnego, bez szans – z powodów wspomnianych powyżej – na prezydenturę. Wiele wspomnianych propozycji, to odzwierciedlenie wcześniejszych interpelacji szefa klubu PiS. W tych nowych wciąż jednak bez odpowiedzi na pytanie: Jaki Białystok po Truskolaskim? By była jasna, prosta, tak jak 18 lat temu, gdy wiadomym było jaki „Białystok po Turze”. Dopiero wtedy zarysują się widoki, by kandydat akceptowany przez PiS zbliżył się do 56 tys, głosów w pierwszej turze. Tyle, ile otrzymał 7 kwietnia Tadeusz Truskolaski, ale też mniej więcej tyle samo, ile lista PiS uzyskała 15 października w Białymstoku w wyborach parlamentarnych.

Constans w radzie miasta

W porównaniu z ostatnią sesją poprzedniej kadencji, klubowy układ sił w nowej radzie nie zmienił się. Koalicja Obywatelska nadal będzie miała 14 radnych, choć w częściowo w nowej konstelacji. Poniekąd było to wiadomo jeszcze przed wyborami, bo nie wszyscy radni zdecydowali się na walkę o reelekcję. Z tych, którzy podjęli rękawicę, czterech nie odnowiło mandatu. W tym dwie, znaczące dla tego, co działo się zwłaszcza w materii zagospodarowania przestrzennego, twarze: Katarzyna Bagan-Kurluta i Andrzej Perkowski. Oboje startowali z ostatnich miejsc, choć radny nie w swoim macierzystym okręgu. Ich nieobecność na pewno przełoży się na merytoryczny układ sił w tej jednej z najważniejszych komisji. Tu bez wątpienia prym będą wiedli radni PiS, którzy w komplecie uzyskali wystarczające poparcie. Na dziesięciu walczących o reelekcję, dziesięciu odnowiło mandat. Do tego do rady wraca Krzysztof Stawnicki, a skład uzupełnia jeden z najmłodszych debiutantów Bartosz Stasiak. Ale w sumie to wciąż 12 mandatów, czyli kolejne pięć lat w opozycji.

Polska 2050 na tarczy

Układ sił w radzie miasta uzupełnia dwóch przedstawicieli Polski 2050. Tyle samo, co na koniec poprzedniej kadencji. Jednak w innej konfiguracji. Tydzień temu radnymi Polski 2050 byli Tomasz Kalinowski i Joanna Misiuk. Oboje w 2018 roku zdobyli mandat z listy KO z rekomendacji Forum Mniejszości Podlasia. W połowie kadencji Tomasz Kalinowski przeszedł do Polski 2050, a Joanna Misiuk po sprawie związanej z łączeniem przedszkola z językiem białoruskim i utracie rekomendacji FMP, znalazła się pod skrzydłami Komitetu Tadeusza Truskolaskiego, by przed przed wyborami 7 kwietnia ostatecznie zacumować w okręgu nr 5 na liście Trzeciej Drogi - czyli w Białymstoku - de facto Polski 2050.
Tomasz Kalinowski był w nim jedynką, Joanna Misiuk dwójką. Taka konstelacja jeszcze przed startem oznaczała, że jeden z kandydatów nie odnowi mandatu. Teoretycznie szanse były, ale w praktyce żadne. Nie w 7-mandatowym okręgu, w którym PiS zawsze zbiera trzy mandaty, a po stronie KO prezydent miał być lokomotywą wyborczą. Ostatecznie to Joanna Misiuk ponownie znalazła się w radzie miasta jako reprezentantka Polski 2050, a towarzyszyć jej będzie debiutant Paweł Skowroński wybrany w okręgu nr 3.

W sumie tylko dwa mandaty to rozczarowanie dla Polski 2050. Zapewne ugrupowanie liczyło na więcej, tym bardziej, że po poparciu Tadeusza Truskolaskiego na prezydenta, mogło się skoncentrować tylko na jednej elekcji. Jak widać magia nazwiska Szymona Hołowni, która zadziała 15 października, nie do końca obroniła się 7 kwietnia (potwierdza to także wynik wyborów do sejmiku, gdzie Polska 2050 wywalczyła jeden - białostocki mandat, pozostałe w ramach Trzeciej Drogi przypadły ludowcom). Ale warto też, by nie tylko przegrani z Polski 2050, ale też zwycięzcy, także z innych ugrupowań, jeszcze raz obejrzeli swoje briefingi wyborcze transmitowane w sieci. Bo niekiedy nie sposób było odnieść wrażenia, jakby byli nie z tego miasta.

O jedną kobietę więcej

W porównaniu z zarówno z początkiem poprzedniej kadencji, jak i jej końcem, zwiększyła się reprezentacja kobiet w radzie miasta. Teraz jest ich dwanaście. Większość z nich mandat pełnić będzie drugą kadencję, ale nie brakuje weteranek, w tym absolutnej rekordzistki. Alicja Biały jest radną – z przerwą na lata 2010-2014 – od 1998 roku. A teraz jako radna-seniorka będzie otwierać posiedzenie nowo wybranej rady miasta. Wszystkie cztery debiutantki wybrane zostały z listy KO, w tym chyba najlepiej przygotowana od strony technicznej do bycia radną Agnieszka Zabrocka. Nic dziwnego, przez wiele lat jako pracownik biura rady miasta odpowiadała za przygotowanie i obsługę sesji rady. Tyle, że bycie radną, to także zasuwanie po osiedlowych chodnikach i placach. Ale okręg nr 5 od końca TBS-ów po kres Zawad, Dziesięcin i Antoniuka daje duże pole do popisu.

Forum Mniejszości Podlasia.

Poprzednią kadencję zaczynało z pięcioma radnymi. To było szczytowe osiągnięcie środowisk mniejszościowych w afiliacji z PO (zwłaszcza po wyborczej klęsce 2014 roku, gdy zdobyło jeden mandat). Do tego doszedł jeszcze mandat w sejmiku. Ale też niewiele później coś zaczęło psuć. Mianowanie Adama Musiuka na wiceprezydenta paradoksalnie "przyczyniło się" do rozpadu reprezentacji FMP w radzie miasta. Najpierw pożegnał się z nią Tomasz Kalinowski, później na skutek sprawy łączenia przedszkola rekomendację stracili Stefan Nikiciuk, Ksenia Juchimowicz, Joanna Misiuk. By ostatecznie znaleźć się pod skrzydłami Komitetu Tadeusza Truskolaskiego. To nie koniec zamieszania.

Przy pierwszej, tegorocznej prezentacji kandydatów FMP na radnych z listy KO afiliowano ponowny start Kseni Juchimowicz z trzeciego miejsca w okręgu nr 4. Ostatecznie jednak spasowała. Zastąpiła ją Anna Leonowicz, której udało się zdobyć mandat. Podobnie jak innej debiutantce Ewie Tokajuk w okręgu nr 2. Uznania wyborców nie zyskali za to trzej pozostali kandydaci FMP. W sumie reprezentowane jest przez dwoje radnych, bez przedstawiciela w sejmiku (tu doszło do „bratobójczej” rywalizacji między kandydatem FMP z listy KO Markiem Masalskim i Sławomirem Nazarukiem, radny sejmikowym wybranym w 2018 z rekomendacji FMP z listy KO, który 7 kwietnia startował z listy PiS). Bilans daleki od oczekiwań. Tym bardziej, że tym razem środowiska prawosławne miało wsparcie środowisk związanych z mniejszościami narodowymi. Podsumowując: wydaję, się FMP na przestrzeni ostatnich niemal dwóch dekad zabrakło odwagi na wystąpienie w roli samodzielnego podmiotu na białostockiej scenie samorządowej. Być może wymagało to innego spojrzenia i przywództwa.

Białystok

Wybory z 7 kwietnia jeszcze raz udowodniły, że dominację inkumbenta i że urzędujący włodarz ma przewagę. To prawidłowość, przy pomocy której, politolodzy próbują oszacować szanse poszczególnych kandydatów w wyborach na prezydentów, burmistrzów, wójtów. Przemawiają za nią nawyki wyborców, swoisty konserwatyzm, czyli niechęć do zmian, szukania alternatyw.
Nie ma znaczenia o jaki szczebel samorządu toczy się gra. Widać to dobitnie na przykładzie w wyników wyborów w tzw. obwarzanku białostockim. Tylko w dwóch gminach dojdzie do drugiej tury, w pozostałych wygrali urzędujący włodarze zachowali swoje urzędy. Choć nie brakuje też dalszych geograficznie przykładów, że nie wszędzie. Tak jak w Sokołach, gdzie wójt po 33 latach żegna się z urzędem, czy nawet Gdyni, gdzie prezydent piastujący stanowisko od ponad dwóch dekad nie przeszedł do drugiej tury. Z jednej strony są to ekstrema w tak długim sprawowaniu funkcji, z drugiej wyjątki potwierdzające regułę inkumbencką. Skoro jednak się zdarzają, to dlaczego nie w Białymstoku?

Wyrosło bowiem pokolenie, które nie pamięta innego prezydenta Białegostoku. Do urn 7 kwietnia poszli wyborcy urodzeni w roku, w którym Tadeusz Truskolaski po raz pierwszy składał prezydenckie ślubowanie. Następne będzie dorastało w ciągu kolejnych pięciu lat jego prezydentury. To już niemal ćwierćwiecze w dziejach miasta. Szmat czasu. Wystarczająco dużo, by miasto samo siebie mogło chcieć zmian. Mimo to nie jest w stanie ich wygenerować (paradoksalnie nawet ze środowiska prezydenckiego, skoro Tadeusz Truskolaski mówił, że musi startować, bo nie ma następcy). Prawie 300 tys. miasto, ośrodek akademicki, mający wydawałoby się wszystkie atuty, by chcieć i móc to zrobić. Warto pomyśleć o tym już dziś, bo jak pokazuje nie tylko historia, która lubi się przecież czasami powtarzać, ani wiek, ani prawo nie stanowią ograniczeń. Zresztą Białystok już kiedyś był w takiej epoce. Miasta prywatnego.

Prezydent Tadeusz Truskolaski w otoczeniu nowo wybranych radnych i lidera podlaskiej Platformy posła Krzysztofa Truskolaskiego
Wojciech Wojtkielewicz Prezydent Tadeusz Truskolaski w otoczeniu nowo wybranych radnych i lidera podlaskiej Platformy posła Krzysztofa Truskolaskiego
Tomasz Maleta

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.